Spróbujmy zjeść Portugalię #1: Lizbona

Dwa Łasuchy wybrały się w podróż. Chyba każdy się spodziewał, że będziemy próbowali zjeść Portugalię. W całości 😀 Na pierwszy ogień idzie Lizbona.

Zastanawiałam się jak to będzie z portugalską kuchnią. Dotychczas miałam styczność z hiszpańską, która zdecydowanie nie należy do moich ulubionych (ze względu na zbyt dużą ilość tłuszczu i brak warzyw) i z racji bliskości tych krajów obawiałam się, że z portugalską będzie podobnie. Jak można się domyślić było podobnie, ale mimo wszystko spokojnie mogłam tam jeść 🙂

Zrobiliśmy na początku jeden błąd i nie spytaliśmy miejscowych które miejsca by polecili. Dopiero opuszczając Lizbonę spotkaliśmy się ze znajomym Portugalczykiem i zapytaliśmy o rekomendacje lokali w kolejnych miejscowościach na naszej trasie.

Tak więc w Lizbonie błądziliśmy częściowo po omacku, starając się wybierać miejsca gdzie stołują się miejscowi, a nie turyści. Natomiast w poszukiwaniu słodkości odwiedziliśmy miejsca z tradycją.

Nie wszystkich potraw mam zdjęcia, a te zdjęcia co mam – do artystycznych nie należą. Często knajpy oblegane przez miejscowych są takie… „swojskie” a potrawy podane prosto i zwyczajne. Papierowy jednorazowy obrus na stół i bon appetit! Zresztą sami zaraz zobaczycie.

Ruszamy z trzecim Subiektywnym Przeglądem Lokali.


O PORANKU:

Jeśli chodzi o portugalskie śniadania to w tej kwestii nie mamy nic do powiedzenia – śniadania jedliśmy w hotelach, a w każdym z nich serwowane bufety były łudząco podobne do śniadań angielskich: jajecznica, jaja sadzone, jaja na twardo, kiełbaski, fasolka, ser, wędlina, buły, tosty i dżem. Do tego wybór płatków, owoców i jogurtów. Jedzenie było OK i nawet elegancko serwowane, ale po tygodniu jedzenia w kółko tego samego chciałoby się jakiejś odmiany. Niewielka zmiana czekała na nas tylko podczas ostatniej nocy w butikowym hostelu – ale tam było kameralnie i całkiem luksusowo. Może wybór był mniejszy, ale jednak trochę inny niż we wszystkich wcześniejszych hotelach.

Ogólna ocena śniadań: 4+/6.

.

NA GŁODA, DUŻEGO I MAŁEGO:

Bar w Estoril

Jak już pisałam we wpisie o Estoril (podłączyłam dziś Estoril pod Lizbonę, bo to w końcu najbliższa okolica), późną kolację zjedliśmy w praktycznie pierwszym lepszym barze, który akurat był otwarty, nieopodal hotelu. Rozmowa z siwiejącym kelnerem na migi, ale się udało. Jako że było całkiem ciepło to zjedliśmy na zewnątrz, przez co za ciemno było na robienie zdjęć (ok, umówmy się – Hubby był tak głodny, że nie pozwoliłby mi na pstrykanie jedzenia, które stoi mu przed nosem). Pomimo późnej pory bar nie był opustoszały – siedziało trochę lokalsów pijących piwo 🙂

Gdy już przekonaliśmy kelnera aby mimo takiej godziny zrobił nam jedzenie, ja zamówiłam Sopa de tomate com ovo (zupa pomidorowa z jajkiem) oraz Omeleta de queijo, tomate e cebola (omlet z serem, pomidorem i cebulą), a mój Hubby – Sopa de Marisco (zupa z owoców morza) oraz Bacalhau à Prior de Braga (dorsz zapiekany z ziemniakami). Moja zupa była całkiem dobra, nigdy nie wpadłam na to, aby wrzucić do pomidorowej jajko (wyglądało jak jajko w koszulce zrobione baaaaardzo na miękko). Natomiast omlet – no cóż… Było to moje drugie podejście w życiu do omletu na południu Europy (pierwsze na camino w Hiszpanii) i dalej jestem na nie. Dla mnie za suche i za mdłe.

Moja ocena: 4/6.

Mój Hubby rzekł:

Lokal o typowym iberyjskim klimacie z lekko gburowatym kelnerem około sześćdziesiątki. Z oporami (domyślam się, że ze względu na porę), ale zgodzili się przygotować dla mnie bacalhau. Generalnie, jeśli chodzi o jedzenie, to zupy były całkiem oryginalne (wspomniane powyżej zaskakujące dla nas połączenie jajka z zupą pomidorową) i pożywne. Bacalhau również smakowało zgodnie z oczekiwaniami. Proste w założeniu danie – zapiekany dorsz oraz pieczone ziemniaki w oliwie z czosnkiem, nieco okraszone głodem i zmęczeniem, w połączeniu ze szklanką zimnego jasnego piwa – suma sumarum całkiem nieźle.

Ocena: 4+/6.

Nora w Belem

Może trochę niezbyt ładnie nazwałam tą knajpę w której mieliśmy przyjemność (jak się później okazało – dość wątpliwą) jeść, ale nie przyszło mi do głowy lepsze określenie. Nawet nie wiem jak to miejsce prezentowało się w środku – na dworze było całkiem przyjemnie więc od razu zajęliśmy miejsce przy zwykłym metalowym stoliku na zewnątrz. Jak tylko moim oczom ukazała się „kelnerka” to pożałowałam tej decyzji (mój Hubby nie – stwierdził, że jest klimat, będzie dobrze). Pani była – mówiąc dyplomatycznie – bardzo nieestetyczna, ale głupio było na jej widok wstać od stolika i odejść. Więc zostaliśmy.

Hubby zamówił zupę dnia, którą okazała się być Sopa de legumes (zupa warzywna; mam wrażenie, że w niektórych… barach… zupa dnia jest zawsze zupą warzywną – to pewnie najtaniej jest im ugotować) oraz Bacalhau à Brás (dorsz zmieszany z ziemniakami i jajkiem, z dodatkiem surówki). Ja natomiast skusiłam się tylko na Arroz de polvo com gambas (ryż z pulpo i krewetkami). Dostałam jakąś brązową, gorzką paćkę, po spróbowaniu której zrobiło mi się niedobrze. Danie mojego Towarzysza prezentowało się o niebo lepiej, miał nawet całkiem bogatą surówkę (oprócz standardowej kupy sałaty i plastra niedojrzałego pomidora miał również trochę ogórka kiszonego i kilka oliwek), ale o wrażeniach smakowych wypowie się sam. Ja jestem na nie.

dwtc_bacalhauabrasbelem

(Bacalhau à Brás)

dwtc_arrozdepolvocongambasbelem

(Arroz de polvo com gambas)

Moja ocena: 2/6 (za całokształt, choć i tak nie wiem, czy to nie zbyt wysoka ocena).

Mój Hubby rzekł:

Po wyglądzie Pani, która nas obsługiwała spodziewałem się więcej. Tak jak zostało wspomniane, wyglądała bardzo nieestetycznie, co niekiedy, wbrew pozorom, dobrze wróży (a tak mi się przynajmniej wydaje;)). Jeśli chodzi o jedzenie, nie pamiętam już smaku zupy, ale chyba była w miarę. Natomiast bacalhau niestety było wysuszone i właściwie bez szczególnego smaku. Faktycznie, było sporo warzyw, aczkolwiek generalnie danie bez historii. Popiłem dzbankiem wina, ale w żaden sposób nie polepszyło to odbioru :P. Ogólnie – nie polecam.

Ocena: 1+/6.

 Pastelaria na Alfamie

Mała, niczym niewyróżniająca się – o dziwo – cukierenka, w której – o dziwo – uprażeni słońcem zjedliśmy całkiem przyzwoity obiad. Najpierw spróbowaliśmy tych wszystkich słynnych, spotykanych wszędzie i na każdym kroku przekąsek: Rissóis de leitão (pasztecik z mięsem wieprzowym – na pierwszym planie), Chamuças (samosa – drugi plan, po prawej), Croquetes (krokiecik – drugi plan, po lewej), Crepe de legumes (naleśnik z warzywami), Pastéis de bacalhau (pasztecik z dorszem).

dwtc_camucasrissoisdeleitaoycroquetesalfama

(Rissóis de leitão, Chamuças, Croquetes)

dwtc_crepedelegumesepasteisdebacalhaualfama

(Crepe de legumes, Pastéis de bacalhau)

Gdy pierwszy głód został zaspokojony – przyszedł czas na konkrety. Ja skusiłam się na Rissóis de camarão, arroz e salada, czyli paszteciki z krewetkami, ryżem i surówką, i szklankę zimnej sangrii, co razem stanowiło całkiem przyjemne danie. Nic wykwintnego, ale naprawdę OK. Wyszłam najedzona, a wtedy nic więcej nie było mi potrzebne. Mój Hubby natomiast wybrał Panado arroz e salada, czyli typowego męskiego schaboszczaka, również z ryżem i surówką.

dwtc_obiadekalfama

(Nasz obiadek – jak widać zwykła, portugalska knajpeczka. Standardowo papierowy obrus – higiena musi być! 😀 )

dwtc_rissoisdecamaraoarrozesaladaalfama

(Rissóis de camarão, arroz e salada)

dwtc_panadoarrozesaladaalfama

(Panado arroz e salada)

Ocena: 4+/6.

Mój Hubby rzekł:

Miejsce wyglądało na dość turystyczne, bo i lokalizacja wybitnie była taka, ale nie było tak źle jak myślałem. Jadłem miejscowego schaboszczaka w zestawie z ryżem i sałatką, a wcześniej próbowaliśmy różnego rodzaju krokietów + wypiliśmy po szklance zimnej sangrii. Danie główne – bez szału, po prostu przeciętne, na ok, ale nie żeby jakoś skłaniało do powrotu. Krokiety dobre – chociaż na pewno wpłynął też na to efekt nowości, tj. że było to nasze pierwsze zetknięcie z nimi. Ogólnie, miejsce nie zostawiające jakiś szczególnych wspomnień, ale bardziej na plus niż na minus.

Ocena: 4/6.

Restauracyjka w dzielnicy Baixa

Nim trafiliśmy w to miejsce, przez długi czas wędrowaliśmy uliczkami Baixy w poszukiwaniu jakiejś fajnej knajpki. Na każdym kroku zatrzymywali nas knajpowi „naganiacze”, próbując zaciągnąć do swojej restauracji. W końcu zdecydowaliśmy się na niezbyt elegancko wyglądające miejsce, w którym dość duża portugalska rodzina jadła obiad. Usiedliśmy na zewnątrz, a początkowo gburowaty, ale koniec końców całkiem sympatyczny, choć słabo mówiący po angielsku kelner namówił nas na menú turistíco. I w sumie dobra decyzja, bo w jego skład wchodziły: przystawka/zupa + obiad mięsny lub rybny + owoce/ciasto + kawa + piwo/wino/napój/woda. Mój obiad prezentował się następująco: Pão e queijo seco (chleb z twardym serem) i  Carne de porco à Alentejana (wieprzowina z małżami i pseudo frytkami). Hubby natomiast zamówił zupę (która znów chyba była zwykłą zupą warzywną) oraz Lombo de porco (Schab wieprzowy z pseudo frytkami i ryżem), jednak swoje wrażenia przekaże Wam poniżej. Ale czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć fenomen podawania ryżu z ziemniakami?

Na deser oboje wybraliśmy Doce (którym było ciasto przypominające tartę de Santiago) oraz Serveja (czyli po prostu piwo, duże jak na ich warunki). Muszę przyznać, że to był najlepszy obiad jaki zjadłam w Lizbonie. Naprawdę. Może jak dla mnie trochę zbyt tłuste, ale w dalszym ciągu nie tak tłuste jak w Hiszpanii. A to ogromny plus. Do tego przyjemnie było posiedzieć sobie spokojnie w centrum Lizbony.

dwtc_carnedeporcoaalentejanabaixa

(Carne de porco à Alentejana)

dwtc_lombodeporcobaixa

(Lombo de porco)

dwtc_ciastopodobnedotartydesantiagobaixa

(Wspomniana tarta 🙂 )

Ocena: 5/6.

Hubby rzekł:

Lokalizacja wybitnie turystyczna, turystyczność lokalu 5/6 (- 1 do turystyczności za rodzinną atmosferę ;)). Tak jak wspomniała Moja Najwspanialsza Żona, rodzina lokalesów jadła tam obiad, co mnie osobiście skłoniło do odwiedzin. Usiedliśmy sobie na zewnątrz i pojawił się, początkowo niezbyt sympatyczny, kelner. Jadłem jarzynową – standardową (chyba nawet niezłą ;)) i świnię z frytkami czyli nic oryginalnego, ale ogólnie było dość smacznie i przystępnie cenowo, jako że w zestawie mieliśmy jeszcze duże piwo, kawę i ciasto. Na koniec zrobiło się sympatycznie, a nawet wesoło, bo rachunek napisano nam wprost na papierowym obrusie, na którym jedliśmy. Może i bym nawet wrócił, bo coś w tym miejscu było.

Ocena: mocne 5/6.

.

DLA ŁASUCHÓW:

Oryginalne Pastéis de Belém

Być w Lizbonie i nie spróbować oryginalnych Pastéis de Belém (coś jak koszyczek z ciasta francuskiego z budyniowym nadzieniem) to byłby grzech! Wybraliśmy się do najsłynniejszej ciastkarni w Belém, w której wypiekają te tradycyjne ciastka od 1837 roku, wg tajnej receptury. Przed cukiernią wciąż taka sama gigantyczna kolejka po ciastka na wynos. W środku – setki ludzi czatujących na wolne miejsce przy stoliku, by skosztować słynnego ciastka w bardzo klimatycznych wnętrzach przepełnionych azulejos ❤ . Mój zniechęcony, głodny Hubby już chciał wyjść, ale psim swędem udało mi się załatwić stolik 🙂 Zamówiliśmy słynne Pastéis i delektowaliśmy się ich smakiem 🙂 W cukierni racząc się wypiekami przez dużą szybę można oglądać proces wypiekania tych ciastek.

dwtc_pasteisdebelemlisboa

(Słynne Pastéis de Belém)

dwtc_zjedzonepasteisdebelem

(Wszystko co dobre szybko się kończy)

Pastéis de Belém jak dla mnie niewiele różnią się od pastéis de nata. Nie będę dociekać, czy różnią się tylko nazwą, czy może też jakimś sekretnym składnikiem. Tak czy siak są pyszne. Tylko za szybko znikają z talerza 🙂

Ocena: za smak, za wystrój, za azulejos, za klimat 6/6 (i wyszedł ze mnie Łasuch).

Hubby rzekł:

Cóż powiedzieć – tłumy ludzi i nic dziwnego, to jedyne takie miejsce na świecie. Pastéis de Belém pyszne, szczególnie tutaj, wystrój klasyczny z wszechobecnymi azulejo, no i można podglądać idącą na bieżąco produkcję. To nic, że masówa, to nic, że tłumy ludzi, to nic, że to turystyczne i oklepane aż do bólu. Obowiązkowe miejsce dla zwiedzających Lizbonę, nawet jeśli ktoś nie lubi słodyczy. A ja chętnie odwiedziłbym w jakiś styczniowy poranek, kiedy może tam być chociaż trochę luźniej 🙂 .

Ocena: 6/6, mniej być nie może.

 Najstarsza i najsłynniejsza kawiarnia w Baixa-Chiado

Kolejna kawiarnia z kategorii must-see. Do tego miejsca robiliśmy dwa podejścia, ponieważ było wypchane ludźmi po brzegi (nawet grupy turystów przychodzą po prostu zajrzeć i obejrzeć miejsce od środka, robiąc przez to sztuczny tłum). Na szczęście za drugim razem się udało upolować wolny stolik.

Zamówiliśmy kawę i pastéis de nata. Wszystko było naprawdę dobre. Wystrój w bardzo starym stylu, ale klimatyczny. Jedyne co można im zarzucić, to że mają słabą obsługę, która była nami średnio zainteresowana.

Co mnie natomiast zdziwiło i co u nas byłoby nie do pomyślenia to to, że przy stoliku obok nas usiadła starsza pani, która zamówiła sobie kieliszek wina i… wyjęła z torby pudełko z pastéis de nata zakupionymi u konkurencji kilka domów dalej. I nikt jej słowa nie powiedział.

dwtc_kawaipasteisdenatalbaixaychiado

(Kawa z mlekiem, espresso i pastéis de nata)

Ocena: 5+/6, mały minus za niezwykle gburowatą i niezainteresowaną klientem obsługę.

Hubby twierdzi:

Chyba najsłynniejsza kawiarnia w Lizbonie, a już na pewno na Chiado. Kawa wspaniała, jak pewnie wszędzie w Portugalii, pastéis de nata też smaczne – jak pewnie wszędzie. Wystrój wręcz zabytkowy, nieco ciężki, a obsługa, jak dla mnie, średnio sympatyczna. Niemniej, również punkt obowiązkowy. Moje serce skradł kiosk przy wejściu z gazetami etc. 🙂 .

Ocena: 6/6, też mniej być nie może.


W tym miejscu przerywamy kulinarną podróż po Portugalii. Kontynuacja naszych smacznych doznań, tym razem z Sintry, Fatimy, Aveiro i Porto, już za tydzień.

A na koniec wrzucamy kilka ujęć z jednego z targowisk w Lizbonie. Mercado da Ribeira należy do tych bardziej turystycznych, ale stamtąd przynajmniej mam zdjęcia. Bowiem na targowiskach tych bardziej kameralnych, gdzie zaglądają raczej lokalni, obowiązuje zakaz fotografowania. Może i by się udało jakiś ogólny rzut zrobić, ale na każdym stoisku kartka/tabliczka zakazująca fotografowania, a nieszczególnie miałam ochotę kłócić się i szarpać z miejscowymi, którzy z racji pochodzenia i większości mieliby przewagę.

Omnomnom ❤

Tyle na dziś! Wasze zdrowie!

dwtc_szampannatarasieestoril

(Zdjęcie jest rozmazane i w ogóle fatalne. Ciężko bowiem fotografuje się po ciemku, z wyciągniętą ręką i szczękając zębami z zimna. Ale macie tutaj Wasze zdrowie wypite portugalskim szampanem, który czekał na nas zaraz po przyjeździe 🙂 )

Martyna

Reklamy

4 Comments Add yours

  1. monika pisze:

    No i ślinka mi pociekła.

    1. I to niby moja wina? 😀 ale cieszę się, że wpis pobudził Twoje ślinianki do pracy 😀

  2. Haniako pisze:

    Ile pyszności! Chociaż zgodzę się z Wami, że jedzonko z „Nory” wygląda naprawdę nieapetycznie… Pewnie ja też nie odważyłabym się opuścić miejsca, mam nadzieję, że się nie zatruliście. Moją uwagę przykuły te urocze paszteciki, chętnie też bym je pochrupała. No i pasteis ❤

    1. Żeby było śmiesznie w „Norze” do menu były dołączone zdjęcia potraw bo często turystom sama nazwa potrawy niewiele mówi. I jakby to powiedzieć – na zdjęciu jedzenie wyglądało znacznie lepiej. Na całe szczęście nie zatruliśmy się niczym w czasie całego wyjazdu, ale ta brązowa paćka była… okropna. Paszteciki w istocie dobre, a pasteis – no cóż, trzeba koniecznie spróbować 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s