Spróbujmy zjeść Portugalię #2: Sintra, Fatima, Aveiro i Porto

Zapraszam Was dziś na kontynuację wpisu z ubiegłego tygodnia. Spróbujmy razem dojeść Portugalię do końca. Wchodzicie w to? 🙂

Dziś skupimy się na czterech innych miastach, w których ze względu na krótszy pobyt próbowaliśmy mniej frykasów. Tym razem przynajmniej częściowo bazowaliśmy na poleceniach znajomego Portugalczyka i ani razu nie wyszliśmy na tym źle 🙂 W końcu lokalsi wiedzą co dobre!

Podobnie jak ostatnio – niestety nie wszystkich potraw zdjęcia posiadam.

SINTRA

DLA ŁASUCHÓW:

Mistrzowskie „poduszki”

W Sintrze zrobiliśmy sobie przerwę na kawę. I słodkie przysmaki oczywiście. W końcu nie mogliśmy sobie odpuścić słynnych Travesseiro (ciastka-poduszka wypełnione kremem migdałowym). Wybraliśmy się do małej cukierenko-kawiarenki w centrum, która słynie właśnie z tego wypieku. Z zewnątrz średnio zachęcająca – wewnątrz kolejka chętnych i sprzedawcy uwijający się jak mróweczki.

dwtc_travesseirosyqueijadassintra

(Travesseiros y queijadas)

Oprócz podawanych na ciepło travesseiros do kawy zamówiliśmy sobie jeszcze queijadas (chrupiące ciastko z serowo-cynamonową masą).

Kawiarenka w środku nie wyglądała jakoś rewelacyjnie, ale niekiedy im gorzej wygląda tym lepiej smakuje 🙂 Choć wiem już, że queijadas nie należy do moich ulubionych portugalskich słodkości, tak travesseiro było mistrzowskie. Naprawdę. Miękkie. Słodkie. Mistrzowskie.

Ocena: 6/6. Za rewelacyjne travesseiros.

Hubby rzecze:

Cukiernia z polecenia, zupełnie nie zwracająca na siebie uwagi ani szyldem ani wystrojem. Można by właściwie przejść obok niej obojętnie, ale byłoby bardzo nierozsądnie. Ciastka mistrzowskie, zarówno Quiejadas, jak i polecane nam Travesseiros z przepysznym migdałowym nadzieniem. Brałbym na wynos kilogramami!

Ocena: 6/6.

Łakomczuch 😀

.

FATIMA

Z tą Fatimą to jest tak, że w sumie nie ma tam nic wyjątkowego do spróbowania. Fatima w ogóle jest specyficznym miejscem i będzie miała jeszcze swój czas na blogu wkrótce, ale jeśli się tam wybieracie i jesteście Łasuchami, to nie oczekujcie fajerwerków. Wiecie, to raczej typowo pielgrzymkowe miejsce 😉

NA GŁODA, DUŻEGO I MAŁEGO:

Na ratunek kawiarnia

Pierwszego dnia dość późną porą biegaliśmy po mieście w poszukiwaniu czegokolwiek, co byłoby otwarte. W końcu poratowaliśmy się… kawiarnią. Nie mogliśmy za bardzo wybrzydzać. Ja skusiłam się na Tagliatelli do Mare (makaron tagliatelle z owocami morza) a mój Hubby wybrał Filete Pescada (filet z morszczuka). Makaron jak makaron, całkiem dobry i nawet trochę tych owoców morza było (wiadomo – krewetek najwięcej), ale szału aż takiego nie było. Jako że byliśmy wygłodniali, zmęczeni i nie mieliśmy zbytnio alternatywy to trafiliśmy nieźle. Ale czy bym to powtórzyła? Nie jestem pewna. Tym bardziej, że obsługa była średnio zainteresowana klientem.

Ocena: 3+/6. Byłoby 4, ale odjęłam pół oceny za kelnerów.

Hubby powiada:

Lokal i danie bez historii – nawet dokładnie nie pamiętam smaku ryby, ale już sam wygląd lokalu mnie nie zachęcił – czysto, estetycznie, nowocześnie i bardzo bez wyrazu. Tak jak wspomniała Moja Najkochańsza Żona, obsługa generalnie momentami zachowywała się tak jakby nas nie było. Ogólnie, nie powtórzyłbym, jakbym nie był do tego zmuszony.

Ocena: 3/6.

U sióstr Dominikanek

Szliśmy i szliśmy aż w końcu trafiliśmy do sióstr. To restauracja w domu pielgrzyma, ale równie dobrze można przyjść „z ulicy” i zjeść. Jest przygotowane menu na dany dzień, ale jak sami się przekonaliśmy – można zażyczyć sobie coś innego i bez problemu przygotują. Starym zwyczajem przyszliśmy dość późno, ale znalazł się dla nas wolny stolik. I cielęcina z ziemniakami i warzywami zamiast ryby, której jeść nie mogę. Kolacja całkiem niezła, do tego dostaliśmy na naszą dwójkę całą butelkę wody. I czerwonego wina. Obsługa sympatyczna, desery domowe – fantastyczne. Ceny przystępne i nawet jeszcze rabat dostaliśmy 🙂 Może być, ale bez szału.

Ocena: 4+/6.

Mój Hubby rzekł:

Restauracja również polecona – klimat domu pielgrzyma, ale bardzo przyjazny. Obsługa podaje dania bezpośrednio klientowi z wazy/półmiska na talerz i pyta o dokładki. Deser również serwowany do stolika. Na kolację mają zazwyczaj jedną zupę i jedno określone danie główne z dodatkami (w dniu kiedy byliśmy była dostępna ryba), aczkolwiek na życzenie mogą przygotować coś innego z dostępnych produktów, my np. jedliśmy cielęcinę. Dania bez wielkiej finezji, ale smaczne. Z tego co pamiętam – bardzo dobry domowy deser. Do tego woda i wino (na dwie osoby dostaliśmy praktycznie całą butelkę smacznego czerwonego wina), a wszystko w bardzo dobrej cenie i w życzliwej atmosferze. Można powtórzyć, chociaż nic nie urywa z wrażenia.

Ocena: 5/6.

Jeśli lubisz odgłosy sprzątania…

Niepozorna restauracyjka, w której powoli szykowali się do popołudniowej przerwy. Niemniej jednak nie odprawili nas z kwitkiem. Po zjedzeniu standardowych przystawek (chleba, oliwek, masła i sera) skusiliśmy się na Arroz com Pato (ryż z kaczką) oraz Cozido à Portuguesa (portugalski gulasz, który bardzo przypominał nasz bigos – wszystko co nawinie ci się do gara plus kapusta 😛 ).

dwtc_arrozcompatofatima

(Arroz com Pato)

dwtc_cozidoaportuguesafatima

(Cozido à Portuguesa)

Mój ryż z kaczką był naprawdę dobry, ale jak dla mnie niepotrzebnie dorzucili tam jeszcze kiełbasę, która nie była zbyt smaczna. I oczywiście musiałam mieć mega szczęście – dostałam danie z parszywie drobno pokrojoną papryką, której spożycie źle się dla mnie kończy. Tak więc obiad jadłam długo, przegrzebując talerz w poszukiwaniu papryki. Ale mimo to było to dla mnie jedno z lepszych dań zjedzonych w Portugalii (a na pewno najlepsze w Fatimie). Jedyne co irytowało to gdy powoooooli zbliżaliśmy się do końca konsumpcji, obsługa się już nie patyczkowała, tylko żwawo zamiatała wokół nas, ustawiała krzesła na stołach, a panie z kuchni z głośnym brzękiem wrzucały wycierane sztućce do pojemników. Ale poza tym ogólnie dobrze, mogłabym tam wrócić.

Ocena: 5/6.

Hubby mówi:

Restauracja raczej oblegana, klimat raczej miejscowy. My pojawiliśmy się już krótko przed przerwą przedwieczorną (pod koniec naszego posiłku obsługa zaczęła już solidnie sprzątać, ale dali nam w miarę spokojnie zjeść;)).
Danie, które jadłem – Cozido a Portuguesa z różnych rodzajów mięs i kiełbasy z kapustą i fasolą – wybitnie sycące, taki trochę portugalski bigos w innym wydaniu. Na pewno godne spróbowania, chociaż w tym konkretnym wydaniu brakowało trochę wyrazistości. Jedliśmy jeszcze tradycyjne przystawki – tj. ser, oliwki, chleb i jakieś pasty, zupy i deseru nie pamiętam, także chyba nie. Lokal mimo wszystko raczej na raz, bez sporych sentymentów, poprawny i tyle.

Ocena: 4/6.

.

AVEIRO

To taka trochę portugalska Wenecja. Albo Amsterdam. Z Aveiro mamy taki problem, że byliśmy tam przejazdem, jedliśmy partiami w dwóch różnych miejscach, na wariata i zupełnie nie pamiętamy co jadł mój Hubby. Wiemy gdzie, ale co to było to zupełnie nie pamiętamy. Ale to znaczy chyba, że nie za specjalne było to danie skoro nam zupełnie nic na jego temat nie utkwiło w pamięci.

NA GŁODA, DUŻEGO I MAŁEGO:

Schaboszczak tak bardzo portugalski

Ja natomiast tak przyparta głodem do muru (i wykończona słońcem) skusiłam się na najzwyklejszego schaboszczaka. Oczywiście jak na Portugalię przystało, klasyk – z frytkami i ryżem. Nie rozumiem fenomenu tego połączenia ale byłam tak głodna, że zjadłam wszystko do ostatniej fryteczki i ostatniego ziarenka ryżu. I jak na ich warunki miałam całkiem bogatą surówkę (sałata z cebulą i pomidorem, czerwona kapusta oraz marchew!!!!). Wprawdzie marchew trochę wysuszona, ale ogólnie było naprawdę ok.

Ocena: 4+/6.

DLA ŁASUCHÓW:

Jajeczny przysmak

Wędrując uliczkami Aveiro co rusz trafialiśmy na szyld z napisem Ovos Moles. Ovos Moles tu, Ovos Moles tam. Na każdym kroku można było spotkać kogoś z siatką pełną kartoników z napisem Ovos Moles. Albo ludzi zajadających się beczułkami, muszelkami, rybkami i innymi takimi. Więc musieliśmy spróbować i my!

dwtc_ovosmolesaveiro

dwtc_ovosmolesdeaveiro

(Ovos Moles)

Wysłałam mojego Towarzysza po Ovos Moles. Patrzę, wrócił z małym pudełeczkiem, co mnie trochę zasmuciło bo stwierdziłam, że dwa gryzy i nie będzie. Otóż proszę Państwa! Ovos Moles to nic innego jak mega słodka jajeczna masa zamknięta w cieniutkim opłatkowym ciastku. To co widać na zdjęciu jedliśmy 3 dni. Mega słodkie, mega pyszne. Nic dziwnego, że gdzie się w Aveiro nie obrócisz tam człowiek z Ovos Moles. Polecam. Jadłabym z chęcią i dziś, pisząc ten tekst.

Ovos Moles jest najpopularniejsze w Aveiro, ale z powodzeniem można je znaleźć w całej Portugalii. I jeśli ktoś z Was się w te rejony Europy wybiera i nie spróbuje Ovos Moles to powyrywam! Nogi! Z wiecie czego! No.

Ocena: 6+/6!

Łakomczuch Hubby powiedział:

Po rekomendacji udaliśmy się do miejscowości Aveiro – małej portugalskiej Wenecji czy też małego Amsterdamu. Miasteczko samo w sobie urokliwe, chociaż na mnie sprawiało wrażenie trochę cukierkowego. Tak czy inaczej warte odwiedzin, szczególnie, że miejscową specjalnością są Ovos Moles, czyli słodycze z opłatkowego ciasta z kremem jajecznym w środku. Bardzo smaczne i bardzo słodkie – delikatne ciasto i bardzo mocne w smaku nadzienie. Do tego w fantazyjnych kształtach owoców morza i beczułek. Godne polecenia!

Ocena: 6/6.

.

PORTO

Porto słynie z kasztanów, tosta ze stekiem i oczywiście porto. Wina rzecz jasna. Omnomnom.

NA GŁODA, DUŻEGO I MAŁEGO:

Buła jedyna w swoim rodzaju

Mały bar. Z dala od samego centrum. Rejony, w które bałam się zapuścić w dzień – po zmroku siłą byś mnie nie zaciągnął. Mały bar z kanapkami. Przed nim mnóstwo żebrzących chacharów, a w środku mnóstwo miejscowych.

Miejsce oczywiście zostało nam polecone. Jak dla mnie – punkt obowiązkowy na kulinarnej mapie Porto. Zamówiliśmy sobie kanapkę z szynką i górskim serem. Po prostu raj dla podniebienia. Buła widać, że nie z seryjnej produkcji, szynka krojona przy Tobie na miejscu, a ser odkrawany z dużego okrągłego bloku. Ten ser był tak wyśmienity, że zapytaliśmy o nazwę, żeby przywieźć taki do domu. Okazało się, że tego sera nie kupisz nigdzie, ponieważ produkowany jest specjalnie dla nich, co jak dla mnie jest kolejnym plusem przemawiający za tą knajpą. Polecam każdemu!

dwtc_sandeserranaporto

(Sande serrana)

Ocena: 7/6!!!!

Hubby rzekł:

Knajpa również z polecenia znajomego Portugalczyka i naprawdę strzał w 10. Okolica średnio przyjemna – placyk gdzie można spotkać miejscowych kloszardów, aczkolwiek knajpka bardzo oblegana w porze lunchu. Zdecydowaliśmy się na rekomendowane kanapki z szynką i górskim serem widoczne na zdjęciu, ale mieli też w karcie ciepłe dania. Kanapki nie wymagają szczególnego opisu – po prostu trzeba spróbować – szczególnie, że ser jest robiony specjalnie dla tego niepozornego lokalu (z tego co widzieliśmy, jest też vinho verde z nazwą baru). Miejsce wygląda bardzo autentycznie i to jeszcze potęguje pozytywny efekt! Zresztą, wystarczy spojrzeć na bułki – żadne tam równo przycięte sandwiche z Subway’a 😉 (z całą sympatią dla tej sieci). Przy następnej wizycie w Porto punkt obowiązkowy!

Ocena: 6/6.

Kolacja nad brzegiem Douro

Przechadzając się Cais da Ribeira nad rzeką Douro wybraliśmy jedną z tamtejszych restauracji, aby zjeść kolację. Wyjazd zbliżał się ku końcowi a jeszcze trzeba było spróbować kilku portugalskich specjałów! Tak więc na początek zamówiliśmy na spółę Francesinha com ovo e batata frita (tost z mięsem, jajkiem i frytkami).

dwtc_francesinhaconovoebatatafritaporto

(Francesinha com ovo e batata frita)

Jest to sporych rozmiarów tost z mięsem w środku, zapiekany pod serem i jajkiem, w sosie pomidorowo-piwnym, podawany z miską frytek. Zaskakująco dobra i sycąca kanapka, smakowała nawet mi, choć nie przepadam za takim mięsem. Muszę przyznać, że trochę się już tym najadłam, a to był dopiero początek naszego zamówienia. Wtedy zrozumiałam już zdziwienie kelnera, który przyjmując zamówienie zapytał nas czy sami chcemy to wszystko zjeść 😀

W ramach dania głównego zamówiliśmy Arroz de Marisco (ryż z owocami morza – ja) oraz Sardinhas Assadas (grillowane solone sardynki – Hubby). Jeśli chodzi o mój ryż to był podany w garnuszku i smakował zdecydowanie lepiej niż ta brązowa paćka, która dostałam w Belem. Nie urwał mi z wrażenia żadnej części ciała, ale był OK. O swoich wrażeniach Hubby opowie za chwilę.

dwtc_arrozdemariscoporto

(Arroz de Marisco)

dwtc_sardinhasassadasporto

(Sardinhas Assadas)

Choć najedliśmy się do syta to jednak deseru odpuścić nie mogliśmy. Wybór padł na Bolo de Chocolate (ciasto czekoladowe – Hubby) oraz Natas do Céu (trójwarstwowy deser z pokruszonych ciastek, bitej śmietany oraz kremu jajecznego – ja). Mój wybór był całkiem niezły, choć mam podejrzenie iż nie był to wyrób własny tylko deser z marketu 🙂

dwtc_natasdoceuporto

(Natas do Céu)

dwtc_bolodechocolateporto

(Bolo de Chocolate)

Knajpa całkiem przyjemna, z bardzo sympatyczną obsługą, przez co dobrze się tam siedziało. Z naszego doświadczenia wynika, że sympatyczny kelner to rzadkość, więc tym bardziej wielki plus za to.

Ocena: 4+/6.

Hubby twierdzi:

Restauracja na nabrzeżu blisko Ponte Dom Luis I, także lokalizacja wybitnie turystyczna, niemniej jednak bardzo sympatyczna atmosfera tworzona przez obsługę – taka na luzie, prawie domowa, co osobiście bardzo lubię. Zamówiliśmy Francesinhę z frytkami na pół, ryż z owocami morza i grillowane sardynki – kelner spojrzał na nas z niedowierzaniem i zapytał czy to aby nie za dużo. Francesinha mi bardzo smakowała – rozmoczona kanapka z serem i mięsem w piwno-pomidorowym sosie, do tego frytki. Słowem, idealna przekąska do piwa. Następnie jadłem klasykę, czyli grillowane sardynki. Były smaczne, chociaż dodatki warzywne zdecydowanie nie w moim guście, jak widać na zdjęciu – kilka ziemniaczków, mnóstwo surowej cebuli i symboliczny pomidor (chyba w ramach dekoracji). Na deser ciasto czekoladowe – lekko zakalcowate, mokre – takie jak lubię. Knajpę można ewentualnie powtórzyć, chociaż orgazmu kulinarnego nie było, a lokal niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Ocena: 4+/6.

Porto w Porto

Będąc w Porto nie można nie spróbować porto. Po drugiej stronie Douro jest ta winnicowa część Porto (tam też mieszkaliśmy). Poszliśmy na dwie degustacje kilku odmian czerwonego i białego porto. Myślę, że wybierając się do Porto jest to obowiązkowy punkt programu. Różnych słynnych winnic jest tam pod dostatkiem więc uważam, że każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście w Porto te wina tylko leżakują, same winnice gdzie rosną winogrona mieszczą się w Dolinie Douro, w górę rzeki, gdzie panuje lepszy do tego klimat.


Na koniec ciekawostka.

dwtc_suszonybacalhau

Słynny bacalhau wygląda jak widać na zdjęciu powyżej. Są to płaty solonego suszonego dorsza, które najpierw trzeba kilka dni moczyć, żeby w ogóle nadawał się do przygotowania 🙂


Na tym kończę trzeci Subiektywny Przegląd Lokali. Jeśli ktoś przegapił wcześniejsze to przypominam:

  1. Kulinarna uczta nadmorska.
  2. Wrocław od kuchni.
  3. Spróbujmy zjeść Portugalię #1: Lizbona.

Mam nadzieję, że Wam się podobało i zgłodnieliście choć trochę 🙂

Martyna

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. monika pisze:

    Oooo ten ryż z owocami morza to coś dla mnie, nawet jakby nie wyglądało jadłabym 🙂

    1. Niezły był. Trochę za bardzo „zupowaty” może, ale na pewno 100 razy lepszy niż paćka z Belem 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s