Nieprzypadkowe „przypadki”

Inspirując się Haniako i jej niedawnym wpisem o przypadkach i przemyśleniach, jak i moim ostatnim „przypadkiem”, zdecydowałam się napisać coś w tym temacie.

Po przeczytaniu wpisu Hani różne rzeczy chodziły mi z tyłu głowy, aż w końcu wewnątrz czachy zaczęły mi się obijać dwa „przypadki” – z przed kilku lat, jak i całkiem świeży.

Abstrahując od tego, czy wierzysz, że coś jest dziełem przypadku, czy też raczej dziełem Jego tam z góry (na potrzeby tekstu określać będę to „przypadkiem” w cudzysłowie), chcę Cię zachęcić, żebyś to przeczytał. I przymknął oko na to, że nie jesteś przyzwyczajony u mnie do tak osobistych wpisów.

The thing is… nie chcę się tu rozpisywać o przypadkach samych w sobie, bo niezwykle trafnie Hania to uczyniła. Chcę natomiast powiedzieć o dwóch „przypadkiem” napotkanych osobach, które w pewien sposób na mnie wpłynęły.

W ciągu swojego życia spotykamy mnóstwo osób. Na ulicy, w szkole, w pracy, w sklepie, na wakacjach. Dosłownie wszędzie. I nad zdecydowaną większością z nich przechodzimy do porządku dziennego. Czasem powiemy „dzień dobry”, niekiedy się tylko uśmiechniemy,  choć zazwyczaj pewnie przejdziemy obok bez słowa.

Ale są takie osoby, które z różnych względów zostaną z nami na dłużej. Obok. Albo nawet tylko w głowie. Może fizycznie będą gdzieś na drugim końcu świata, ale jednak będą gdzieś przy Tobie. Bo coś zrobili lub powiedzieli, co zostało Ci w głowie po dziś dzień, może zmieniło Twój sposób myślenia. A może po prostu z jakiegoś powodu ubawiło Cię po pachy i „zrobiło Twój dzień” do tego stopnia, że pamiętasz do dziś.

dwtc_sippapiertradycyjny

(Jeśli w tym miejscu myślisz, że tekst będzie o miłości to weź duży rozpęd i walnij jak dzik w sosnę.)

Kto mnie zna ten dobrze wie, że należę do osób cholernie nieśmiałych. Nigdy nie pcham się do wystąpień publicznych, bo strach tak mnie zżera, że nie wydukałabym ani słowa (nawet wiersze na ocenę w szkole mówiłam na przerwie, w obecności samej nauczycielki, true story!). Choć wśród dobrych znajomych czuję się jak ryba w wodzie, tak jeśli jestem w towarzystwie mniej mi znanych osób to rzadko przyłączam się do dyskusji. A jeśli na dodatek towarzystwo jest anglojęzyczne – niemal siłą będziesz musiał ze mnie coś wyciągać. Wszystko zrozumiem, serio (póki rozmówca nie jest Azjatą z wadą wymowy (przypadek z życia!) – wtedy mam straszne trudności, bo już sam akcent powoduje, że wszystko mi się zlewa). Ale cały czas muszę walczyć ze sobą, żeby powiedzieć cokolwiek. I to cholernie utrudnia codzienne funkcjonowanie, ale trudno mi to zmienić.

4 lata temu wędrując szlakiem camino w Hiszpanii „przypadkowo” poznaliśmy hiszpańskie małżeństwo (on, nazwijmy go C., bardzo dobrze jak na Hiszpana władał angielskim, ona – M. – jako tako). Starsi od nas o ~15 lat, ale pomimo początkowych obaw (nigdy nie oceniaj po pozorach!) bardzo szybko i łatwo zaczynając od zwykłego „¡Hola!” nawiązaliśmy kontakt. A właściwie jak nietrudno się domyślić – mój Towarzysz nawiązał łatwo kontakt. Mi natomiast szło z oporami, choć ogromna otwartość i przyjazne nastawienie C. sprawiło, że z nim samym, bez świadków, nieśmiało rozmawiałam, choć postronni mogliby odnieść wrażenie, że po angielsku mówię ledwo-ledwo. Od chwili poznania do końca szlaku szliśmy już w czwórkę opowiadając sobie nawzajem o naszych krajach, zwyczajach, o życiu itd. Ostatniego wspólnego popołudnia na krótko przed pożegnaniem C. powiedział mi coś, co bardzo wyraźnie pamiętam do dziś.

Nie wstydź się. Wiem, że bardzo dobrze znasz angielski. Wiem to po słowach, których używasz, gdy już się przełamiesz i przyłączysz do rozmowy. Nie wstydź bo naprawdę nie masz czego 🙂

I choć C. nie zdaje sobie w ogóle z tego sprawy, to te słowa raz po raz po dziś dzień rozbrzmiewają w mojej głowie. Motywując. I teraz staram się włączać do rozmowy w mniej znanym towarzystwie. A nawet czasem podejmować rozmowę z obcymi ludźmi w sklepie czy na przystanku. Owszem, w dalszym ciągu mam ogromne opory przed rozmawianiem po angielsku. Ale dziś swobodnie piszę i komunikuję się w tym języku przez internet (również z bohaterami tego wpisu, gdyż utrzymujemy stały kontakt) bez strachu, że będzie dramat, jak popełnię błąd. I zaczęłam się uczyć hiszpańskiego. A to i tak wielki krok.

dwtc_wiosennewyzwanie#9_kadrcentralny

Jeśli nie macie mnie jeszcze dość, chciałabym opowiedzieć Wam o moim świeżym „przypadku”.

Scrollując stream na facebooku mój wzrok przykuł jeden obrazek. Gdy teraz to piszę (parę dni później) zupełnie nie pamiętam już, co było na tym obrazku i czemu tak zwrócił moją uwagę. Pamiętam jednak, że przeczytałam średniej długości notkę (często na fb omijam notki dłuższe niż 2-3 zdania) opatrzoną właśnie tym obrazkiem, nawiązującą do historii jednej dziewczyny. I tak oto poznałam The Freckled Fox. 25-letnia matka piątki przeuroczych dzieci, od niedawna… wdowa. Jej również młody mąż przegrał w czerwcu nierówną walkę z rakiem. Nie będę tutaj zbyt wiele o tym pisać – sama Emily dość dużo na ten temat publikowała na blogu.

Zagłębiłam się w jej publikacje zarówno na blogu, jak i Insta, i poruszyła mnie historia jej rodziny. Ale jeszcze bardziej poruszyła mnie ogromna siła i nadzieja jaka w tej drobnej kobiecie drzemie. Jak wielką nadzieją i wiarą były przepełnione jej krótkie posty na Insta. Nie potrafię sobie wyobrazić – nawet nie chcę sobie wyobrażać – co ona teraz czuje. Ale to jak sobie z tą sytuacją radzi… wow.

Jednak to, co najbardziej na mnie wpłynęło i wryło mi się w pamięci to podpis do poniższej fotografii.

Every Sunday since Martin's funeral, I load the five kiddies up in the van and we drive a half hour to the cemetery to visit him. It's out in the quiet countryside with no traffic or people around at all. We leave flowers and take turns talking to him, sometimes we sing to him(usually it's 'twinkle twinkle little star' or 'teach me to walk in the light'), and I try to explain things better or answer any questions they might have. I still can't believe he's gone. Ugh, I can't express what's on my heart tonight, I just, want you guys to go and kiss your partner on the forehead, and hold them a little tighter this week. Will you? What I wouldn't give for one more forehead kiss.. ♡♡♡ || photo via @yellowspotdesigns #restinpeace #faithoverfear #mysweetheart #sundays #traditions #wemissyou

A post shared by Emily Meyers (@thefreckledfox) on

 

A w szczególności ten fragment:

I just, want you guys to go and kiss your partner on the forehead, and hold them a little tighter this week. Will you? What I wouldn’t give for one more forehead kiss.. ♡♡♡

Emily Meyer – TheFreckledFox

Od kiedy to przeczytałam – wciąż te słowa chodzą mi po głowie. I staram się spełniać „prośbę” Emily.

Zazwyczaj wstaję wcześniej niż mój Hubby. Ale podczas porannej krzątaniny za każdym razem, gdy wchodzę po coś do pokoju, staram się całować go, jeszcze śpiącego, w rozczochraną czuprynę. I na co dzień często powtarzać Mu, jak wiele dla mnie znaczy. Drobne gesty, ale nie wiadomo jak długo jeszcze będzie nam dane te gesty czynić. Żebyśmy nagle pewnego dnia nie musieli powiedzieć za Emily „jak wiele bym dał(a) za jeszcze jeden pocałunek w czoło…?”.

dwtc_jesienzjestrudo_#18wstyluretro_wewlasnejosobie

Ja wierzę, że te dwa – nazwijmy to – poznania to były „przypadki”. „Przypadki” które miały mnie czegoś nauczyć. I myślę, że nauczyły.

Jeśli mielibyście tylko jedną rzecz wynieść z tego mojego chaotycznego wpisu to wynieście ten nawyk:

„go and kiss your partner on the forehead, and hold them a little tighter”

Ale nie tylko „this week”.

Always.

Martyna

Advertisements

6 Comments Add yours

  1. monika pisze:

    Kurczę nie znałam Cię od tej strony pisania, tekst inny niż zwykle i bardzo mi się spodobał, chciałabym też kogoś pocałować jeszcze raz w czoło ale niestety jego już z nami nie ma i znam dobrze uczucie tej dziwnej pustki.

    1. Cieszę się, że taka odmiana przypadła do gustu. Trochę zmian się szykuje, może częściej się uda i takie zmiany wprowadzać 😉

  2. Haniako pisze:

    Powiem Ci, że też niedawno natknęłam się na Emily i też bardzo, bardzo poruszyła mnie jej historia. Tak jak i ten tekst pod tym zdjęciem.

    1. Patrząc na komentarze na blogu, Insta i FB Emily to nie tylko nas poruszyła jej historia. Na pewno znajdzie się niejeden, który będzie mówił, że niepotrzebnie obnaża na blogu swoją prywatność. Ja np sama tego nie robię. Ale myślę, że jej przykład i historia może na wiele osób wpłynąć.

      1. Haniako pisze:

        Tak mówiąc szczerze, to trzeba byłoby mieć serce z kamienia, żeby się tym nie przejąć. Racja, można powiedzieć, że to zbyt prywatne sprawy, ale z tego może wyjść dobro. I jeśli komuś to pomoże, kogoś zainspiruje, skłoni do docenienia tego, co się ma… To już bardzo wiele. 🙂

        1. Ano. Bardzo wiele 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s