Małe co nieco z czeskiej kuchni

Co tu dużo mówić – oboje jesteśmy Łasuchami. Lubimy dobrze zjeść. Dlatego jeśli nie mamy przed wyjazdem za dużo czasu na porządne rozplanowanie podróży to po prostu trochę odpuszczamy i planujemy z dnia na dzień. Ale jest jedna rzecz, której nie odpuszczamy nigdy. Planowania podbojów kulinarnych.

Poświęcamy dużo czasu na wyszukanie z czego słynie dany kraj, jakie ma potrawy i czego koniecznie należy spróbować. Szukamy również lokali, które są polecane w sieci, choć tej listy nie trzymamy się sztywno – często włócząc się po mieście oglądamy mijane knajpki, sprawdzamy czy są w nich ludzie, czy to miejscowi, czy karta jest stosunkowo krótka (milion pozycji oznacza, że jest ogromna szansa, że produkty nie będą najświeższe) i głównie w języku ojczystym (jeśli zewsząd krzyczą do nas angielskie napisy to wiadomo, że knajpa nastawiona jest na turystów).

Dzięki tym zabiegom zwiększamy swoje szanse na to, że zjemy dobrze i w miłej atmosferze. Nie raz i nie dwa zdarzają się wtopy, ale statystyki nasze nie są złe.

Dziś opowiemy Wam krótko o małym fragmencie czeskiej kuchni i ich zwyczajach. Tym razem będę się posiłkować mocno zdaniem mojego Hubby’ego, ponieważ ze względów zdrowotnych miałam bardzo ograniczone pole do szaleństwa. Ale tak czy siak – było fajnie 🙂

Smacznego!


CZECHY – KRAJ PIWEM I… MIODEM PŁYNĄCY

Jak powszechnie wiadomo Czechy słyną z piwa. Picie piwa przez wszystkich i o każdej porze jest tam po prostu codziennością. Piwo do obiadu, piwo ze znajomymi po pracy, piwo na stojąco wieczorem przed barem, spotkanie lokalnych dziadków w hospodzie na piwku (gdzie wszyscy kelnerzy już ich znają i bez pytania wiedzą co podać). Mają mnóstwo barów, knajp, restauracji a także hospody, które rządzą się swoimi prawami. Mają stoliki „dla wszystkich” i tylko dla stałych klientów.  Mają po prostu swój klimat 🙂

Idąc w Czechach do knajpy na piwo (szczególnie do knajpy, gdzie spotkasz rzesze miejscowych) musisz być przygotowany, że spotkasz się z trochę innym poziomem obsługi. Tutaj nie ma czegoś takiego jak „klient nasz pan”. Klient to klient, był, jest i będzie i przyjdzie czas, aby go obsłużyć. Stały klient to jest ktoś ważniejszy niż Ty czy ja, więc uzbrój się w cierpliwość i nie psiocz, jeśli ktoś przyszedł po Tobie a jest wcześniej obsłużony. Najprawdopodobniej jest to właśnie stały bywalec, który jest dla nich najważniejszy. Zwróć też uwagę przychodząc do knajpy, czy nie siadasz przy stole zarezerwowanym dla stałych klientów, bo będziesz się musiał przesiąść 🙂 A, i pamiętaj – pod żadnym pozorem nie siedź przy resztce piwa w kuflu. Nim się obejrzysz, będziesz miał nowy, świeżutko napełniony kufel, bez względu na to czy tego chcesz czy nie. Jeśli nie chcesz, to lepiej połóż „wafla” na kufel, żeby nie mieć niespodzianki. Jeśli trafisz do knajpy z obsługą w porządku to – gdy wyczują w Tobie typowego turystę – przed podaniem kolejnego piwa zapytają Cię, czy na pewno chcesz. Ale lepiej być świadomym, żeby nie było zdziwienia.

(Zdjęcie przedstawia Snyt – czyli piwo na raz, kilka cm piwa i gruba warstwa piany – wraz z karteczką, na której w Lokalu odkreślają każde wypite piwo)

Piwo w Czechach ma śmiesznie niską cenę. Tak niską, że nawet moja herbata zielona którą zamawiałam za każdym razem w miejsce piwa do obiadu (czym wzbudzałam zadziwienie, no bo jak to tak nie pić piwa?!), kosztowała nas dużo więcej. 200ml najtańszej sikowatej herbaty z marketu droższe od 0,5l piwa.

Tak więc do Czech na piwo, bo mają dobre i tanie!

A skoro wspomniałam już o herbacie to zaskoczył mnie fakt, że prawie za każdym razem do słodzenia herbaty (zielonej też!) dostawałam i cukier i miód. U nas niespotykane (przynajmniej jeśli nie dopłacisz) a tam wyglądało na normalne. Dla mnie bomba!

NAPIWEK RZECZ ŚWIĘTA

Napiwek w Czechach to ważna rzecz. Jeśli odejdziesz od stołu bez pozostawienia napiwku wyjdziesz na cebulę czy innego Janusza, a kelner potrafi się wprost o swoje upomnieć. Nie zdziw się jak spotkasz się z wydrukowaną „instrukcją” na paragonie, że „NAPIWEK NIE ZOSTAŁ WLICZONY” oraz że „zwyczajowo napiwek wynosi nie mniej niż 10% wartości paragonu”. Raz nawet dostaliśmy paragon, na którym powyższe instrukcje zostały jeszcze dodatkowo zaznaczone kolorowy zakreślaczem, żebyśmy przypadkiem nie przeoczyli. W Polsce właściwie zawsze zostawiamy napiwek (chyba, że ktoś nas już naprawdę fatalnie bądź niegrzecznie obsłużył). W Pradze oczywiście też, jednak tam to trochę irytowało, kiedy ta jakość obsługi była nierzadko na niższym poziomie niż u nas.

Ach, tylko pamiętaj – 1 CZK to 16 gr. To NIE jest napiwek.

CZECHY, RAJ DLA MIĘSOŻERCÓW

Jako że obecnie nie mogę jeść mięsa wyszukiwanie dla mnie jedzenia stanowiło nie lada wyzwanie. Moja dieta opiera się ostatnio głównie o makarony, ryże, pierogi, kluchy czy potrawy ziemniaczane. W Czechach  o makarony nie jest aż tak łatwo, natomiast knedle, frytki, ziemniaki itp. rzeczy to są tylko dodatki i zazwyczaj nie zamówisz nic z tych rzeczy bez dania głównego. Tymczasem dania główne w zdecydowanej większości składają się z mięsa (albo smażonego sera, ale tego nie można jeść codziennie w obawie przed miażdżycą :D). Tak więc o ile Hubby był w kulinarnym siódmym niebie, tak ja… no nie do końca 🙂


OMNOMNOM…

A teraz czas na kolejny Subiektywny Przegląd Lokali.

LOKAL

Lokal mieliśmy prawie pod domem, więc zmęczeni i wygłodzeni po 12h podróży wybraliśmy się na pierwszą praską kolację właśnie tam. Z perspektywy całego pobytu muszę przyznać, że pierwszy nasz strzał był najlepszy. Bardzo dobre jedzenie, niesamowicie sympatyczna obsługa a wieczorem oraz gdy nadejdzie czeska pora na posiłek – tłumy miejscowych. A obecność miejscowych zawsze wróży dobre jedzenie 🙂

Hubby o Lokalu:

Wchodząc do Lokalu zwrócił naszą uwagę stół dla stałych klientów (dosyć częsta podobno praktyka w czeskich knajpach) i przede wszystkim to, że miejsce jest oblegane przez miejscowych. Mieliśmy też do wyboru różne sposoby nalania Pilsnera Urquella (na zdjęciu powyżej widoczny, tzw. Snyt), a na naszym stole wylądowała karteczka, na której odkreśla się wypite piwa.
Było to nasze pierwsze zetknięcie z czeską gastronomią i muszę powiedzieć, że bardzo udane. Wracałbym, bo jedzenie pyszne, a i klimat jak trzeba.

(Nakládaný hermelín)

Pyszny, mięciutki, kremowy, marynowany ser z białą pleśnią, z dodatkiem papryczki (niestety) i cebuli. Gdy już udało mi się wygrzebać każdy, nawet najmniejszy kawałek papryczki to był to raj dla podniebienia dla takiego miłośnika serów jak ja. Jadłam go z dziką przyjemnością, ale też z bólem serca bo oczami wyobraźni widziałam, jak już ten tłuszcz i cholesterol zapychają mi żyły 😀 Na szczęście hermelína zamawialiśmy za każdym razem na spółkę, więc… 🙂

W każdym razie bardzo niezdrowa przystawka, ale dla tego smaku naprawdę warto przybrać parę kilogramów 😀

Ocena: 6/6. Mistrzostwo!

Zdaniem Hubby’ego:

Czyli czeski ser w typie camembert, wcześniej zamarynowany z papryczkami i cebulką, najlepiej podany ze świeżym chlebem, który umożliwia zjedzenie wszystkiego do ostatniej kropli i kęsa. Jak na razie mój faworyt jeśli chodzi o przekąskę do piwa – wyrazisty w smaku, kremowy w konsystencji i na pewno bomba cholesterolowa, ale to nieważne:).

Jadłem go w dwóch miejscach w Pradze – w Lokalu na Sokolovskiej i U Glaubicu na Malostranske Namesti.

Ocena: 6/6.

(Smažený sýr s domáci tatarskou omáčkou)

Moje drugie danie również do dietetycznych nie należało. Panierowany w jajku i bułce tartej, smażony na głębokim tłuszczu ser, a do tego ziemniaki (brambory, kto wymyślił to słowo?!) oraz sos tatarski. Danie było bardzo dobre, choć jak to z serami bywa – zapychające. Sos tatarski nie skradł mojego serca, ale faktycznie do takiego sera potrzeba czegoś, co przełamie smak. Może gdyby zamiast sosu było coś innego to mogłabym to danie nazwać idealnym, a tak było dla mnie po prostu OK.

Ocena: 5/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Ocena: 6/6.

(Sekana svíčková, houskové knedlíky)

Z racji tego, że w chwili obecnej nie mogę jeść mięsa, więc o samej wołowinie nic nie powiem, ale spróbowałam od Hubby’ego knedlików bułczanych i sosu. To było moje pierwsze zetknięcie z knedlikami i przyznam się Wam, że oszalałam na ich punkcie. A połączenie knedlika z gęstym, lekko owocowym sosem było fantastyczne. Do tego stopnia, że Mąż musiał pilnować, żebym nie wyjadła mu wszystkiego 🙂

Ocena: sam knedlik z sosem 6/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Wołowina siekana – w pysznym zawiesistym sosie z owocowymi nutami, do tego bułczany knedlik. Samo mięso może nie wygląda okazałe, ale było znakomite. Myślałem, ze się nie najem, ale pani na życzenie dokroiła nam bułczanego knedlika. Muszę przyznać, ze było to bardzo swojskie i samo danie i takie bezproblemowe dokrojenie knedlika. Wraz z piwem, mimo że koncernowym Pilsnerem (ale za to prosto z tanka i mistrzowsko nalanym), całość stanowiła idealne powitanie Pragi:).

Ocena: 6/6.

PIVO&BASILICO

W to miejsce trafiliśmy przypadkiem, włócząc się głodni po mieście w poszukiwaniu knajpy, w której zjem jakiś makaron i dam mojemu żołądkowi wolne od hektolitrów tłuszczu. Szczerze mówiąc – jak się okazało po fakcie – nie był to specjalnie dobry wybór, bo jedzenie nie zrobiło na nas zbyt dobrego wrażenia. A dziwny i wprost niegrzeczny kelner, który w pewnym momencie prawie parsknął mi w twarz, tylko wszystko pogorszył. Było przystępnie cenowo i to jedyny plus.

Hubby o knajpie:

Sam lokal – taki czesko-włoski, osobiście nie lubię takich miksów. Było w miarę przyzwoicie, czysto, cenowo do zaakceptowania, a porcje w miarę duże, ale raczej już bym nie wrócił, bo nie ma po co.

(Cibulová polévka se sýrovým toustem)

Zdaniem Hubby’ego:

Zupa cebulowa – dosyć przeciętna, moim zdaniem mało wyrazista. Właściwie nie ma co opisywać.

Ocena: 3/6.

(Tomatový krém s bazalkou)

Zupy i kremy pomidorowe uwielbiam. Zawsze gdziekolwiek jesteśmy i jest krem z pomidorów – nie ma opcji, żebym nie zamówiła. Tak było i tym razem, bo pomyślałam, że to będzie dla mnie dobra opcja. Zupa była dobra, naprawdę, tylko na cholerę ktoś z góry na nią wylał szklankę oliwy?

Ocena: 5/6. Minus za oliwę.

(Strozzapreti s bazalkovým pestem)

O ile po pierwszym daniu byłam względnie zadowolona, tak makaron był straszny. Rozgotowany. Wciągnął chyba całą wodę z garnka, jak również wszystko co jest mokre w pesto. To danie było jedną wielką zamulającą kluchą, posypaną z góry bardzo słonym serem. Zjadłam może połowę, co nie wiadomo czemu wywołało u kelnera kpiący śmiech. Może nie próbował tego co podał?

Ocena: 2/6.

(Staročeský hovézí guláš s knedlikem)

Zdaniem Hubby’ego:

Gulasz – pikantny, z dodatkiem papryczki chili. Gęsty, ciemny sos, mięso w miarę poprawne, ale nie wzbudzało, podobnie jak zupa, jakichś wielkich emocji. Całość ożywiona odrobiną czerwonej cebulki. Najadłem się i wyszedłem, bez wielkiej przyjemności.

Ocena: 4/6.

STARÉ ČASY

Bardzo przyjemny lokal w dość zacisznym miejscu, mieszczący się blisko Starówki. Przyjemnie było usiąść na świeżym powietrzu, przy ulicy (nawet jak za pierwszym razem samochody wjeżdżające na posesję praktycznie przejeżdżały mi po plecach 😛 ) i po spacerach w wykańczającym upale zjeść coś naprawdę dobrego, w dobrej atmosferze. A do tego cenowo przystępnie tak więc miejsce do polecenia.

Hubby o lokalu:

Wygodnie ulokowany, całkiem niedaleko placu Wacława. Byliśmy tam dwukrotnie i wybraliśmy miejsca na zewnątrz tuż przy ulicy (za pierwszym razem jak się okazało, również koło bramy wjazdowej;) na posesję). Obsługa bez zarzutu, generalnie mieściła się w praskich standardach także ok. Kozel w dobrej cenie. Można wrócić, bo w miarę smacznie i wygodnie.

(Smažený hermelín s brusinkami a brambory)

A teraz będę w opozycji do Hubby’ego, ponieważ dla mnie hermelín z żurawiną (bo tym są właśnie brusinki) to zdecydowanie lepsze połączenie, aniżeli w duecie z  sosem tatarskim. Ser sam w sobie może faktycznie lepiej smakował w Lokalu, ale ogólnie nie mam się do czego przyczepić.

Ocena: 5/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Spróbowałem wcześniej sera mojej Żony w Lokalu i moim skromnym zdaniem był dużo lepszy, ale i ten był nie najgorszy, chociaż osobiście wolę wersje z sosem tatarskim niż z borówkami. Podany w Starych Czasach sprawiał wrażenie mniej domowego, a bardziej takiego gotowego z pudełka. Nie mówię, że tak było, bobym się czepiał, ale takie właśnie porównanie przyszło mi do głowy.

Ocena: 4,5/6.

(Spagety Pomodoro (rajčata, rajčatová omáčka, mozzarella, bazalka))

To było naprawdę dobre spaghetti z sosem pomidorowym. Może odrobinę za tłuste, ale tylko odrobinę. Zjadłam, najadłam się i byłam na tyle uradowana, że wróciliśmy tu raz jeszcze. Więcej rozwijać się nie będę, bo to nie jest jakiś specjał kuchni czeskiej 🙂

Ocena: 5/6.

(Śtaročeská rychta – vepřová lýta, uzená kýta, klobása, červené a bíle zeli, houskové a bramborové knedlíký, bramboráček)

Nie próbowałam dania w całości, ale podkradłam Hubby’emu pół placka ziemniaczanego (bramboráček, kocham czeski!) oraz oba knedliki (bułczany i ziemniaczany). Wszystko co jadłam bardzo mi smakowało, a na dodatek tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem knedlikowym łasuchem 😀

Ocena: brak, bo knedle i placek to tylko dodatek do dania 🙂

Zdaniem Hubby’ego:

Różne rodzaje mięs z dwoma rodzajami knedlika (bułczany i ziemniaczany). Była i kiełbasa i boczek, a także dwa rodzaje duszonego mięsa. Do tego dodatkowo mocno wysmażony placek ziemniaczany oraz biała i czerwona kapusta. Najbardziej z tego smakowała mi chyba kiełbasa, chociaż wszystko było smaczne. Właściwie poza knedlikami i ziemniaczanym placuszkiem podobną potrawę można by sobie wyobrazić w polskiej restauracji.

Ocena: 4,5/6.

U GLAUBICŮ

U Glaubiců, wraz z Lokalem, znajdują się na samym szczycie naszego prywatnego rankingu odwiedzonych przez nas knajp. Za wyborem tego miejsca (oprócz oczywiście rekomendacji domowników) przemawiały… tłumy klientów. W porze obiadowej wcale nie tak prosto dorwać wolny stolik. Nam się udało dlatego, że nasza turystyczna pora obiadowa wypada zdecydowanie później, niż pora obiadowa Czechów 🙂 A cieszę się, że to miejsce odwiedziliśmy, bo jedzenie było pyszne, obsługa… typowo czeska, byliśmy w samym centrum małostrańskiego gwaru a otoczeni przez relaksujących się po pracy Czechów mogliśmy się poczuć prawie jak miejscowi… ❤

Hubby o restauracji:

Do U Glaubiců zawitaliśmy już pod koniec naszego wyjazdu, za rekomendacją naszych Kochanych Rodziców-Teściów. Podobnie jak w Lokalu, tak i tutaj klimat nam się podobał – lekko lekceważąca klienta obsługa, stolik obok żywiołową dyskusję prowadziła grupka miejscowych dziadków… Mi ta atmosfera bardzo odpowiadała, a przy okazji jest to miejsce gdzie piwo jest w cenie poniżej przeciętnej, a lokalizacja świetna, w samym sercu Malej Strany.

(Pražský utopenec)

Zdaniem Hubby’ego:

U Glaubiců jadłem też utopenca, czyli drugą klasyczną czeską przekąskę do piwa w postaci kiełbaski (trochę podobnej do polskich serdelków) zamarynowanej w occie z cebulą i jakimś tam dodatkami. U Glaubiců podobnie jak hermelina, podano w słoiczku. Generalnie nie porwało mnie, ale chętnie spróbowałbym jeszcze gdzie indziej dla porównania.

Ocena: 4/6.

(Nakládaný hermelín s česnekem)

Jak dla mnie tak samo dobry jak w Lokalu, a do tego bardzo fajnie zaserwowany – w słoiku. Nie mam żadnych zarzutów… No może poza jednym – że za szybko się skończył 🙂

Ocena: 6/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Ocena: 6/6.

(Ovocné knedlíky s kysanou smetanou)

Owocowe knedliki dłuuuuugo za mną chodziły a to było jedyne miejsce, w którym udało mi się je upolować. Podane na ciepło, z kwaśną śmietaną i – niepotrzebnie – polane tłuszczem. Były bardzo dobre i spełniły moje knedlikowe marzenie. Wyszłam stamtąd spełniona – a właściwie napełniona po brzegi 🙂

Ocena: 5,5/6 mały minus za ten tłuszcz.

LOUVRE

Kawiarnia bardzo elegancka, kelnerzy wystrojeni, więc czuliśmy się trochę nie na miejscu w naszych wygodnych strojach do całodziennego zwiedzania. Ale w niczym nas to nie powstrzymało, albowiem musiałam spróbować „najlepszej gorącej czekolady w Pradze”. I nie ważne, że za oknem upał 🙂 A upolowany stolik przy oknie zapewniał dodatkowo przyjemne widoki.

Hubby o kawiarni:

Piłem tylko Bernarda, ale sam lokal na pewno z duszą lat 20. i ładnym widokiem na ulicę. Wracałbym, bo uwielbiam takie miejsca.

(Horká čokoláda LOUVRE)

Bardzo gęsta, mocna gorzka czekolada a do tego miseczka śmietany oraz szklaneczka wody na przełamanie smaku. Idealne połączenie, choć tak mnie rozgrzała, że musiałam się poratować zimną lemoniadą 🙂

Ocena: 5,5/6.

(Domácí limonády)

Zamówiona przeze mnie na orzeźwienie domowa lemoniada okazała się tak naprawdę szklanką wody gazowanej wraz z torebeczką cukru i kieliszkiem soku wyciśniętego z cytryny. Ja bym to raczej nazwała nie domową a… ręcznie robioną lemoniadą i to przez samego klienta. Orzeźwienie było, ale bez fajerwerków 😉

Ocena: 4,5/6.

PRAŽSKA ČOKOLÁDOVÁ MANUFAKTURA

Hubby o pijalni czekolady:

Zaszliśmy do czekoladowni położonej na Starym Mieście, niedaleko Staromestkich Namesti. Atmosfera trochę jak z filmu „Czekolada”.

(Horká na Pražský spusob)

Zdaniem Hubby’ego:

Sama czekolada bardzo smaczna i ciekawie przyprawiona, chociaż (oprócz widocznego na zdjęciu cynamonu), nie pamiętam dokładnie pozostałych składników.

Ocena: 5/6.

(Mléčná horká čokoláda se smetanou)

Pyszna i bardzo słodka mleczna gorąca czekolada ze śmietaną uprzyjemniła mi regenerację sił. Mieli w karcie mnóstwo fajnie wyglądających deserów, ale że tego dnia atakowaliśmy trdelnik, więc się powstrzymałam.

Ocena: 5/6.

VÝČEP NA STOJÁKA

Jakież to przedziwne miejsce! Trafiliśmy na to zupełnie przypadkiem, włócząc się wąską, odludną uliczką. Mikroskopijny barek, taka właściwie wnęka w ścianie. Jak weszliśmy tam we dwójkę, to w sumie zrobiliśmy tłok. Za wąską ladą stał sobie pan, który za śmieszne pieniądze sprzedawał fantastycznie orzeźwiającą, zimną lemoniadę malinową. Było tam też i piwsko i inne rzeczy, ale lemoniada była naszym ratunkiem w tych upałach.

Ocena: 6/6. Nie inaczej! O Hubby’ego też! 🙂

TYPOWY CZESKI FASTFOOD

(Pražska klobása)

Zdaniem Hubby’ego:

Tak jak widać, nic dodać nic ująć:). Dobrze wysmażona kiełbasa z musztardą, na pewno dobrze przyprawiona i nie najgorsza jakościowo. Bułka przeciętna – trochę jak w polskich barach lat 90. Kupione w budce na Vaclavaku (większość budek na Placu należy do tej samej sieci), klimat był:).

Ocena: 5/6.

(Smažený sýr)

Kiełba lub smażony ser w bułce to dwa typowe czeskie fastfoody. Nie było to nic specjalnego, ale umówmy się – nie spodziewaliśmy się żadnych kulinarnych uniesień, chodziło nam o klimat 🙂 Buda na placu, zwykła buła, smażony ser i do wyboru cztery sosy z wielkich baniaków. I jedna serwetka na wynos. Klimat był? Był. Dało się zjeść? Jak najbardziej. Czyli było wszystko, czego szukaliśmy 🙂

Ocena: 4/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Smazak, czyli po prostu ser (coś a la camembert, ale czy to hermelin był to nie mam pewności) panierowany i smażony w głębokim tłuszczu. Bułka podobnej jakości j.w., całość trochę suchawa i dlatego też zapewne dodają do tego surówkę z białej kapusty (znowu wspomnienia lat 90. w polskich barach;)). Podoba mi się, że ogólnie można sobie dodać samemu sosu, np. tatarskiego z ogromnych butli, opakowań. Ma to swój swojski urok.

Ocena: 4/6.

TRDELNIK

(Trdelnik se zmrzlinou)

Oto proszę państwa największe rozczarowanie naszej wizyty w Pradze. Od samego przyjazdu trdelnik osaczał nas z każdej strony, na każdym rogu, z każdej budy. Oferta jest bardzo szeroka – można go zjeść samego, z czekoladą, z kremami, ze śmietaną, z lodami czy też owocami. Na ten grillowany, cynamonowo-orzechowy walec długo się czailiśmy, chcieliśmy spróbować bo to przecież taki słynny smakołyk i je go każdy na każdym kroku.

Ostatecznie skusiliśmy się na trdelnika z lodami, bo wyglądał tak zachęcająco. I co? I się zawiodłam. Mój trdelnik był zbyt spalony, zbyt twardy, zdecydowanie zbyt cynamonowy (ciężko było wyczuć jakikolwiek inny smak spod cynamonu) i po prostu zamulający. Paradoksalnie najlepsze z tego wszystkiego były lody, a połowa trdelnika skończyła żywot w śmietniku. Może miałam pecha po prostu i mój był źle zrobiony, ale jestem zdecydowanie na nie.

Ocena: 2/6 (byłoby 1 gdyby nie lody).

Zdaniem Hubby’ego:

Poszliśmy w miejsce, które wypatrzyła moja Żona podczas licznych spacerów. Generalnie – nie było to złe, ale myślę, że z lodami to już po prostu za dużo, bo nie dojedliśmy. Ciasta jest sporo, a poza tym jest dosyć zakalcowate i obsypane cukrem z cynamonem. Nie miałem za dobrych odczuć po zjedzeniu, ale spróbowałbym przynajmniej jeszcze raz.

Ocena: 3/6.


Tak wyglądały nasze przygody z kuchnią czeską. Nie wszystko co zakładaliśmy udało się spróbować, ale to wcale nie jest tragedią – przynajmniej wiadomo, że musimy tam jeszcze wrócić 🙂

Mam nadzieję, że wpis Wam się przyda – zachęcamy odwiedzić Pragę tak w ogóle, nie tylko ze względu na jedzenie. Miasto to ma naprawdę wiele zalet, ale o nich przeczytacie w kolejnych wpisach.

Martyna

Reklamy

2 Comments Add yours

  1. Super! Zawsze jadąc do innego kraju, mam problem z wyborem tradycyjnych dań, które mogłabym skosztować. W prawdzie w Czechach byłam już kilka razy, jednak większość przedstawionych propozycji była mi do tej pory nieznana- będę to musiała nadrobić podczas kolejnej wizyty 🙂

    1. To pozostaje mi życzyć szybkiego powrotu do Czech i… po prostu smacznego! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s