O tym, co cię może zdziwić w Hiszpanii

Hiszpania to fajny kraj. Lubię tam wracać, lubię tamtejszy klimat, otwartość i temperament Hiszpanów. Nie będę idealizować, że wszystko jest super, bo ich tłuste żarcie i miłość do cuchnącej na kilometr jamón to coś, co powoduje, że „jestem na nie„. Ale lubię tam wracać, przyglądać się im i dać się porwać temu południowemu luzowi 😉

Ale ilekroć tam jestem, zawsze mnie Hiszpania zaskoczy sobą i jakimś swoim zwyczajem, którego akurat nie znałam. Dlatego dziś trochę Wam te zwyczaje i nawyki przybliżę, bazując nierzadko na własnych doświadczeniach, jak również na tym, co wiem z rozmów z osobami tam mieszkającymi – Hiszpanami i nie tylko 🙂

Cmok, cmok, ¿Qué tal?

To na dzień dobry zaczniemy od powitania. W Hiszpanii czymś zupełnie normalnym jest całowanie się na powitanie. Całują się w rodzinie, całują się przyjaciele, całują się ze znajomymi, jak i zupełnie obcymi. Tzn. nie bój się (albo nie licz na to 😛 ), nikt nie rzuci się na Ciebie z soczystym pocałunkiem – Hiszpanie witają się dwoma buziakami, po jednym w każdy policzek. I tak witają się wszyscy, duzi i mali, kobiety jak i mężczyźni. W pierwszym odruchu może się to wydawać dziwne, ale w sumie mi się to nawet podoba. Choć faktycznie przy powitaniu zupełnie obcej osoby było to lekko krępujące (pozdro Olga Nina!). Przy okazji od Hiszpanów usłyszycie jeszcze standardowe ¿Qué tal? (czyli Jak leci?) i już będzie komplet.

Po 5 latach przerwy, będąc w maju tego roku ponownie w Madrycie spotkaliśmy się z naszymi znajomymi. Trochę w sumie jak taki Janusz zapomniałam o tych hiszpańskich powitaniach i nastąpił taki mały awkward moment jak oni spontanicznie, w zupełnie normalny dla siebie sposób się z nami przywitali, z buziakami i dźwięcznym ¿Qué tal?. Wydaje mi się, że musieli też to wyczuć, bo następnym razem zrobili to z trochę mniejszą energią i nie aż tak z zaskoczenia, chyba rozumiejąc, że nie dla wszystkich jest to naturalne. A może po prostu ja już za drugim razem się z tym oswoiłam…? Who knows… 🙂

¡Un té, por favor! Źle się czujesz?

Herbata? Z reguły dla chorych. To jeden z większych dramatów dla takiego herbatoholika jak ja. Z rana do śniadania pijam herbatę. Bo lubię. Poza tym nie mogę pić kawy rano. Dlatego też będąc na szlaku do Santiago gdy zaszliśmy rano do baru Hubby zamówił dla siebie café grande con leche a dla mnie po prostu herbatę. W odpowiedzi usłyszał pełne współczucia, coś w stylu „oj, koleżanka źle się czuje?”. Ostatecznie przerzuciłam się na ten czas na barowe Cola Cao.

(Kawa z rana jak śmietana – czyli kawa Hubby’ego i moje Cola Cao)

Oczywiście nie znaczy to, że nie spotkasz Hiszpana lubiącego herbatę, bo nawet ja taką znam, ale będzie to raczej rzadkość. A skoro już przy herbacie jesteśmy to przydałby się wrzątek…

Na cholerę komu czajnik?

W każdym polskim domu jest czajnik. Taki na gaz, elektryczny – do wyboru do koloru. A w Hiszpanii czajników brak. W końcu od czego ma się mikrofalówkę?

Ostatnią noc podczas naszego tegorocznego pobytu w Hiszpanii gościli nas znajomi. Ponieważ żołądek dawał mi się we znaki, jak na „chorego” przystało poprosiłam o herbatę. Na szczęście wybór był duży, ponieważ M. jest wielbicielką herbaty. C. zabrał się za przygotowywanie (jemu już jednak z herbatą jest nie po drodze 😀 ), gmera w szafie, krząta się z jakimś ceramicznym dzbanuszkiem, nalewa doń wody i… wkłada do mikrofali. Dzyń i sprawdza czy woda wrze. Nie, jeszcze nastawia na chwilę, ponowne dzyń i już można zalewać herbatę. Minę musiałam mieć boską bo w ogóle przez myśl mi nie przeszło, że można nie mieć czajnika 😀

Ale pociągnijmy dalej temat śniadań, skoro i tak już o nich wspomniałam.

Dla nas deser – dla nich śniadanie

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Wszędzie wokół o tym trąbią i ja się osobiście z tym zgadzam (o czym pisałam już wcześniej). Dla Hiszpanów? Bullsh*t. Kawa z rana jak śmietana! Ewentualnie zagryź słodką bułą lub nadzianym słodkim rogalikiem – nadzianym czekoladą najlepiej. Albo rozmoczonym w kawie ciastkiem.

Jadąc pierwszy raz do Madrytu i rezerwując pokój, mieliśmy możliwość domówienia śniadania. Słodkiego oczywiście: kawa/kakao, szklanka soku pomarańczowego i tościk na słodko. Obawa była jedna – kto się tym kurka naje? Ponieważ nie było lodówki w hostelowym pokoju, nie było nawet opcji zrobienia z siebie Janusza – nie wchodziło w grę zjedzenie niczego normalnego z własnoręcznie zrobionych zapasów, bo przy 40-stopniowym upale jedzenie trzymane poza lodówką dostałoby nóżek. Ostatecznie śniadania zamówiliśmy i na koniec wniosek miałam tylko jeden. Choć jestem zwolennikiem porządnych porannych posiłków – w takim upale to drobne śniadanie wystarczyło. Ale nadal nie przekonują mnie słodycze z rana na pusty żołądek 😛

Pozostając w temacie jedzenia…

Siesta rzecz święta

Hiszpanie mają siestę. Taką przerwę na „poobiednią drzemkę”. Mniej więcej w godzinach 14.00-17.00 zamykają się sklepy (oczywiście nie wszystkie co do jednego). W firmach również jest 2-godzinna przerwa, w czasie której pracownicy ruszają w miasto na obiad, lub wracają zjeść do domu. Pora obiadowa jest u nich prawie święta. Ma to swoją zaletę, bo w ciągu dnia jest czas na porządny, ciepły posiłek, ale trzeba pamiętać, że przez to do domu z pracy wychodzi się w godzinach 18.00-20.00, czyli dość późno jak na polskie warunki (oczywiście porównuję to do standardowej jednozmianowej pracy na etacie). W związku z tym późniejsze są też godziny ostatniego – a w Hiszpanii chyba najważniejszego – posiłku i wypadają mniej więcej między 20.00 a 22.00. Znów jest to dość późno, ale Hiszpanie na wszystko mają czas 🙂

Sami widzicie, że ich rytm dnia płynie zupełnie inaczej niż nasz. Gdy jednego dnia umawialiśmy się z naszymi hiszpańskimi przyjaciółmi na kolację, pierwsze o co zapytali to czy podczas urlopu w Madrycie funkcjonujemy wg hiszpańskiego czy europejskiego planu dnia 😀 I bardzo się ucieszyli, jak się dowiedzieli, że wczuliśmy się w hiszpański klimat 😀

Jedzenie „na spółę”

Gdy w końcu udało się umówić na późnowieczorną kolację i dotarliśmy do knajpy, C. zaproponował, aby zamówić kilka różnych dań i po prostu się podzielić, żeby każdy mógł wszystkiego spróbować. Moim zdaniem to kolejny, bardzo fajny zwyczaj i w sumie nie mam nic przeciwko temu (póki oczywiście ktoś swoim widelcem nie merda w całym talerzu wyszukując co lepszych kąsków, dotykając przy tym wszystkich kawałków jedzenia 😀 ). Hiszpanie często spotykają się w dużym gronie (np. rodzinnym) i zamawiają potrawy tak, by potem jeść „na spółę z jednego talerza”. Jak dla mnie wzbudza to poczucie więzi, wspólnoty. Ale może ja po prostu jakaś dziwna jestem 😀

Miasto drugim domem

Hiszpanie dużo czasu spędzają poza domem. Często (jak na nasze warunki) jedzą posiłki w restauracjach, spędzają wieczory z przyjaciółmi na piwie/cavie/drinku w knajpie, chodzą na imprezy do klubów.

W tym roku mieszkaliśmy przez tydzień w samym sercu dzielnicy La Latina, nieopodal Cava Baja do której mieliśmy minutkę spacerem i którą mijaliśmy niemal codziennie. La Latina to dzielnica typowo foodie, z mnóstwem dobrych knajp, która tętni życiem prawie całą dobę. Ogródki knajpowe miały obłożenie stuprocentowe, do niektórych ustawiały się kolejki oczekujących ludzi a wokół słychać było jeden wielki gwar rozmów i salwy radosnego śmiechu.

Jeśli chcesz się wyspać to nie szukaj lokum w dzielnicy La Latina. W każdym innym przypadku szczerze polecam 🙂

Hiszpanie to ogólnie głośny naród. Głośno rozmawiają, nierzadko się przekrzykują i non stop gestykulują. Wszystkiemu „winny” jest chyba ten południowy temperament. Lubię się powłóczyć tymi głośnymi, skąpanymi w słońcu uliczkami i placami, ale po tej późnowieczornej kolacji z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, w bardzo fajnej acz gwarnej knajpie, gdzie trzeba było dość głośno mówić i bardzo się wsłuchiwać, żeby rozmowa miała sens, z przyjemnością wyszliśmy na ulicę. Nie, ulica nie była cicha i opustoszała, ale na pewno spokojniejsza. I przyjemnie owiewał nas lekki letni wiaterek.

To nie śmieci – to znak, że tu dobrze zjesz

Uwielbiamy w Madrycie jeden bar. Wąski bar, długa lada. Można tam zjeść różne bocadillos, przygotowywane na naszych oczach na pewno niezbyt czystymi rękami. I zapić szklanką cydru z kija. W barze panuje swojska atmosfera, kanapkom nie szczędzą okładu. Pamiętam, że przy pierwszej wizycie w Madrycie oglądaliśmy tam na małym telewizorku relację z Igrzysk Olimpijskich z Londynu.

Ale jedna rzecz mnie wtedy uderzyła po oczach – syf na podłodze. Resztki jedzenia, zmięte zużyte serwetki, a nie dam głowy czy jeszcze kipy nie leżały. Na początku mnie to raziło, że ludzie taki bałagan po sobie zostawiają, a obsługa nawet nie kwapi się, żeby porządek utrzymać. Dopiero później dowiedziałam się, że tam tak jest – ludzie mają się czuć swobodnie a ilość śmieci na podłodze jest wyznacznikiem jakości baru. Im więcej śmieci tzn. że dużo ludzi odwiedza ten bar, a to oznacza, że musi być po prostu dobry, a obsługa ma tyle roboty, że nie nadąża 🙂 ok, nie kupuję tego rzucania śmieci na ziemię i sama tego nie robię, ale akceptuję ten „klimat”. I tym razem będąc w Madrycie również odwiedziliśmy ten nasz ulubiony bar z kanapkami, w pobliżu Plaza Mayor – w dalszym ciągu podłoga usiana jest resztkami jedzenia i serwetkami, a to znak, że miejscówa trzyma poziom 🙂

(Ulubione bocadillo de calamares z ulubionego baru)

W Pradze wyszedłbyś na Janusza

Do Madrytu przylecieliśmy prosto z Pragi, gdzie nauczeni przez bardzo bezpośrednich i domagających się kelnerów – zawsze zostawialiśmy napiwek (więcej na ten temat przeczytacie przy okazji wpisu o kuchni czeskiej). Dlatego będąc na wczesnym obiadku ze znajomą, po otrzymaniu rachunku od razu zaczęliśmy rozmawiać o napiwku.  A ona popatrzyła na rachunek, który miał ogonek w postaci 50 eurocentów i z rozbawieniem stwierdziła, że tutaj napiwki nie są tak częste i jej mąż – Hiszpan – zostawiłby co najwyżej 50 eurocentów do równego rachunku. Powiem tak – to by wyszło zdecydowanie mniej niż 2% wysokości całego rachunku.

Z jednej strony czytałam, że podobno często napiwki doliczane są od razu do rachunku. Ani razu nam się to nie zdarzyło. Z drugiej strony słyszałam, że w Hiszpanii teraz nie żyje się jakoś super, wyjście do knajpy na rodzinny obiad nie jest ostatnio aż tak popularne ze względów finansowych i przez to ludzie nie są skorzy do zostawiania napiwków. A po trzecie… słyszałam opowieści różnych wałkach, jakie robi obsługa w knajpach, żeby np. jedzenie wyglądało na świeże itd. i powiem Wam, że odechciewa się zostawiania im czegokolwiek.

W każdym razie w takim telegraficznym skrócie – kultura zostawiania napiwków nie jest rozwinięta tak jak w Czechach i nie ma obaw, że wyjdziesz na cebulaka, jeśli nic nie zostawisz. Wolna wola – jeśli zostałeś obsłużony dobrze i chcesz pracownika za to docenić to doceń, ale przymusu nie ma 🙂

Mañana, mañana czyli życie w rytmie slow

Mañana oznacza po prostu jutro, później i jest to niejako hiszpański styl życia (z podobnym podejściem możecie się spotkać u południowców, np. we Włoszech, albo nawet w Maroko). Oni mają czas. Co masz zrobić dziś – zrób pojutrze, będą dwa dni wolnego! Hiszpanie żyją powoli. Częściowo pewnie to kwestia klimatu, bo jak z nieba leje się żar to ciężko pracować na pełnych obrotach, a częściowo po prostu z luzackiego podejścia. Mieszkańcy półwyspu Iberyjskiego mają dość luźne podejście do czasu, nie spieszą się, a często nawet po prostu się spóźniają, więc jeśli umówisz się na którąś godzinę z Hiszpanem to wiedz, że jest to czas jedynie orientacyjny 🙂 Sami się na to nacięliśmy, gdy umówiliśmy się ze znajomymi na 20.00 a tak naprawdę czekaliśmy jeszcze na nich dobre 15 minut 🙂

Mañana. Hiszpanie mają czas. Urzędy i instytucje publiczne (np. banki) są czynne krócej niż w Polsce, a przed nimi ustawiają się olbrzymie kolejki petentów, dlatego chcący coś załatwić powinni uzbroić się duże pokłady cierpliwości. Na własne oczy widzieliśmy gigantyczną kolejkę wijącą się jeszcze przed samym budynkiem jakiegoś urzędu – kolejkę pełną znudzonych, spoconych ludzi. W Polsce tak ogromną kolejkę widziałam chyba tylko raz – kolejkę do rejestracji do okulisty, który rejestrował na wizyty raz do roku.

Mañana. Hiszpanie mają czas. W knajpach kelnerzy się nie spieszą, w sklepie ekspedienci są chaotyczni, a pani w urzędowym okienku nie do końca zorganizowana. Ludzie nie gnają na złamanie karku, spokojnie dopijają drinka. Oczywiście, że ludzie nie mogą mieć wywalone totalnie i na wszystko, bo wiadomo, że mogliby stracić pracę, klientów, zaufanie, reputację. Niemniej jednak jadąc do Hiszpanii czy w ogóle na południe Europy należy liczyć się z tym, że oni mają trochę wolniejszy styl życia.

Tak więc nie ma się co spierać – Hiszpanie żyli w rytmie slow na długo przed tym, nim stało się modne 😀

Zamiłowanie do szynki i buły z ziemniakami

To jest coś, czego nie rozumiem. Zachwycanie się tą słynną szynką, czyli jamón, która występuje w dwóch rodzajach – jamón iberico oraz jamón serrano. Na każdym kroku można trafić na sklepo-bary Museo del Jamón, w których jest ogromny wybór szynek czy dań z szynkami, na ścianach wiszą ogromne kawały szyn, a z których tak cuchnie, że starałam się je omijać dużym łukiem. Nie rozumiem fenomenu tej szynki, dla mnie sam zapach jest odrzucający i ją po prostu dyskwalifikuje w przedbiegach. Jestem na nie.

Podobnie nie zdobyło moich względów bocadillo de tortilla, czyli buła z mdłą paćką z ziemniaków. Ok, do niedawna w ogóle tortilla nie przechodziła mi przez gardło, ale ostatecznie okazało się, że to najpewniej dlatego, iż wcześniej miałam styczność po prostu z niezbyt dobrze przygotowaną tortillą. W tym roku przełamałam się i w końcu zjadłam parę razy tortillę (zarówno w knajpie, jak i domowej roboty u M.&C.), ale nadal uważam, że buła z ziemniakami to nic innego jak mdły zapychacz.

A skoro już jemy, to warto byłoby czymś zapić…

Małe piwo

W Hiszpanii piwo w knajpach podają w szklankach, które najczęściej mają pojemność 0,33l. Podobnie jest z tym kupowanym w sklepie. Oczywiście można dostać piwo o pojemności 1 litra, jednak nie jest to tak popularne. Wszystko dlatego, że butelka 0,33l jest w tym klimacie po prostu wygodna – bierzesz, wypijasz zimne piwo i wyrzucasz nim zdąży się zamienić w ciepłe siki. Jeśli to za mało, to zamawiasz/bierzesz z lodówki kolejne zimne piwo i znów wypijasz nim zdąży się ogrzać. Praktyczne to, choć idę o zakład, że niejeden odwiedzając ten kraj początkowo zbulwersował się, jak można sprzedawać tak małe piwo! 🙂

Czerwone to tylko sugestia

Chodzi o światło czerwone. Dla pieszych. W Hiszpanii, jak w wielu innych krajach na świecie, nie ma problemu jak przejdziesz przez ulicę na czerwonym świetle. Czerwone to tak naprawdę informacja dla Ciebie, że przechodzisz teraz na własną odpowiedzialność i nie miej pretensji, jak przywitasz się z czyjąś maską z bliska. Ogólnie z moich obserwacji wynika, że piesi w Hiszpanii są całkiem dobrze traktowani i zwraca się na nich baczną uwagę. I nawet jeśli wejdziesz na czerwonym pod samym nosem policji, to póki nie stwarzasz realnego zagrożenia (czytaj nie wejdziesz prosto pod rower czy samochód) – nie musisz się martwić o mandat. To z jednej strony jest wygodne, bo nierzadko w Polsce stoisz jak ten łoś i czekasz na zielone, a tu nic nie jedzie… A stówa piechotą nie chodzi.

Srogie kary za picie w Madrycie – pod chmurką oczywiście

Z tym spożywaniem alkoholu w miejscach publicznych to jest różnie, wszystko zależy od lokalnych regulacji. W Madrycie wychylenie browara na ulicy czy w parku może srogo kosztować, bo nawet do 600€ – stolica Hiszpanii jest po tym względem chyba najsurowszym miastem europejskim. Oczywiście nie należy się nadmiernie stresować i popadać w paranoję – nie znaczy to, że nie można kupić drinka w barze i stanąć z nim przed knajpą 🙂 Można i nawet warto sączyć sobie leniwie drina obserwując typowe madryckie życie 🙂

Mieszkaniowe niespodzianki

Znane jest Wam pojęcie piso interior? To chyba największa kupa mieszkaniowa w Hiszpanii. To taki dziwny twór, najczęściej spotykany w starej zabudowie w sercu miasta. Wąskie uliczki otoczone kamienicami – to właśnie tu zwykle skrywają się te cuda.

Piso interior to nic innego jak mieszkanie wewnętrzne. Tworzy się je dla jeszcze lepszego wykorzystania przestrzeni. I generalnie są one tańsze. Mieszkanie wewnętrzne charakteryzuje się tym, że okna mieszkania wychodzą na wewnętrzne patio, które zazwyczaj jest po prostu kanałem wentylacyjnym lub miejscem składowania śmietników. A jeśli mamy wyjątkowe szczęście to możemy w ogóle trafić klitkę bez okna na świat, tylko na przykład na… korytarz.

(Widok z okna naszego piso interior)

W tym roku mieliśmy okazję na własnej skórze się przekonać, jak niepraktyczne jest to rozwiązanie. Rezerwując apartament w dzielnicy La Latina wiedzieliśmy, że istnieje ryzyko, że przypadnie nam w udziale piso interior. Przydzielają apartamenty losowo, w zależności od dostępności w dniu przyjazdu (tak twierdzili, ale jak dla mnie to lekkie przegięcie, żeby piso interior i exterior były w tej samej cenie). W każdym razie mimo próśb trafił nam się ten cudak. Generalnie należy liczyć się z tym, że światło będziemy mieli zapalone rano, wieczór i w południe, bo będzie tam po prostu ciemno. Ponadto mimo 40 stopni na zewnątrz, klima będzie w tym miejscu zbędna. Nam była zbędna do tego stopnia, że nawet krótkie spodnie musieliśmy zastąpić dresem i bluzą z kapturem, a rozbieranie się następowało nie po przyjściu do domu jak to zwykle bywa, ale po wyjściu z niego. A warto wiedzieć, że w Hiszpanii (szczególnie w centralnej i południowej części) zazwyczaj  nie ma ogrzewania w mieszkaniach, więc jak już będzie zimno to przerąbane 🙂

(Tak wyglądały u nas poranki – ciemno jak w d…ziurze)

Ponadto nie ma się co dziwić jeśli trafią się okna (w ogóle) a drzwi (od zewnątrz) bez klamek. Trochę jak w zakładzie zamkniętym. W Hiszpanii lubują się w oknach przesuwnych z małym przyciskiem, często w ogóle bez parapetów (ani wewnętrznych, ani zewnętrznych). Natomiast drzwi montują zatrzaskowe, z gałą od zewnątrz i trzeba uważać, żeby się nie zatrzasnąć na korytarzu 😀 Lubią też stawiać ściany tak cienkie, że słychać rozmowy sąsiadów z mieszkania po drugiej stronie korytarza. True story! Jak sąsiad kichnął to mogliśmy mu rzucić ¡Jesús!. A w ofercie zarzekali się, że apartamenty są dźwiękoszczelne… 🙂

W Hiszpanii popularne są również rolety zewnętrzne w oknach (ale wewnątrz firany, zasłony czy np. rolety rzymskie są już raczej rzadziej spotykane). Tak jak w Polsce pełnią one zwykle przede wszystkim funkcje zabezpieczające, tak w Hiszpanii montowane są w innym celu…

Przy okazji pierwszej wizyty w Madrycie mieliśmy lokum tuż obok Plaza Mayor. Za oknem żar niewyobrażalny, bo to sierpień był i pani w TV wciśnięta w garsonę przepowiadała 45 stopni. Wtedy szczęśliwie trafił nam się pokój z widokiem na ulicę. Spaliśmy przy otwartych roletach i oknach, żeby wiatr choć trochę powietrza wtłaczał do środka a rano szybkie oporządzenie się i ruszaliśmy w miasto. Zdziwienie nastąpiło po powrocie po południu do naszego pokoju, w którym panował kompletny mrok i chłód. Potrzebowałam 2 dni żeby zrozumieć celowość zabiegów pani sprzątającej – my uparcie zostawialiśmy otwarte rolety na dzień (przecież w Polsce nie siedzę jak kołek w ciemnym domu, nie?) a pani uparcie je zamykała. Dziś już wiem, że rolety te mają człowieka uchronić przed doznaniem udaru cieplnego we własnym domu (lub wynajętym lokum 😛 ). W sumie racja, że po zjaraniu na skwarę przy 40-stopniowej patelni miło jest, gdy choć po powrocie do chałupy powietrze się do nas nie klei… 🙂

Ja już jesteśmy przy temacie mieszkania…

Adidasy obuwiem również domowym

Rozmawiając ze znajomą Polką od lat mieszkającą w Hiszanii temat zszedł na ogólny brud na ulicach Madrytu. Uświadomiła mi wtedy również, że to wszystko w co wdepną na ulicy (pozwólcie, że nie będę się długo nad tym pochylać), Hiszpanie roznoszą następnie po całym domu, gdyż często nie mają w zwyczaju po powrocie z pracy zmiany obuwia na jakże wygodne kapcie.

Dlatego też wybierając się na ostatnią noc do naszych hiszpańskich przyjaciół powstał temat – co robimy z butami. Po pierwsze nie wiedzieliśmy jak w Hiszpanii podchodzi się do tematu gość-buty (mieliśmy pewne podejrzenia, ale wcześniej nie przyszlo mi do głowy podpytać tej znajomej Polki). Po drugie o ile ja zawsze informuję gości, że mają spokojnie zostać w butach i się nie przejmować (uważam, że niegrzecznie jest kazać gościom wyskakiwać z butów), tak idąc do kogoś nie wbiegam od razu na salony w butach tylko czekam na dyspozycję. Tak więc gdy przyjechaliśmy do nich i usłyszeliśmy, iż mamy sie czuć jak u siebie, po prostu zapytaliśmy wprost co z butami. Oczywiście dostaliśmy wolny wybór tak, żeby było nam wygodnie i jak w domu, z czego wywiązała się ogólna dyskusja jak to jest w Polsce, a jak w Hiszpanii 🙂 Ostatecznie okazało się, że część domowników u nich pogina w tych samych butach co na zewnątrz, jakby próg mieszkania w ogóle nie istniał, a część – w tym sam C. – wskakuje w domu w lacze. Po pierwsze – wygoda! 🙂

Dzień święty święcić

Hiszpania to kraj katolicki, choć z mojej obserwacji wynika, że osób praktykujących jest zdecydwanie mniej niż u nas. Jednak ci, co już chodzą na mszę do kościoła często są zaangażowani w jej przebieg – czytają podczas liturgii słowa, zbierają kolektę czy też służą przy ołtarzu. Nie przypominam sobie, żebym widziała ministrantów jako takich, czy ogólnie znaną nam liturgiczną służbę ołtarza.

Ale jedno trzeba mieć na względzie – dużo sklepów, szczególnie w mniejszych miejscowościach, jest zamkniętych w niedzielę. Doświadczenie paskudnego głodu na camino, jeszcze nasilanego przez okrutne zmęczenie, nauczyło mnie, że przed niedzielą należy poczynić ciut większe zakupy, żeby nie spotkała nas przykra niespodzianka. Stosujemy się do tego nawet w dużych miastach, na wszelki wypadek 😉

La cucaracha

Na koniec najmniej przyjemny temat, czyli karaluchy, przeze mnie nazywane zdrobniale kokrołczykami. Nikogo nie powinien w Hiszpanii ten widok dziwić, niestety. Mają sprzyjające warunki, więc są. Na szczęście w żadnym dotychczas wynajmowanym lokum nam się nie trafiły (zawsze dokładnie sprawdzamy opinie innych o danym miejscu), choć zawsze bacznie się rozglądam, bo jak cholera wlezie do bagażu i przyjedzie jako pasażer na gapę do domu to będzie nieciekawie.

Raz jeden tylko w Hiszpanii spotkałam kokrołczyki – w jednym ze schronisk na camino. Z obwieszczeń na ścianach można było wywnioskować, że byli akurat świeżo po dezynsekcji i faktycznie podłogi wewnątrz usiane były małymi karaluchowymi zwłokami, ale przed budynkami paradowali ich żywi krewni. Fu!


To by było na tyle. Starałam się zebrać do kupy trochę takich ciekawostek typowych dla Hiszpanii, które chodziły mi po głowie. Było tego w moim zarysie wpisu trochę więcej, ale ostatecznie stwierdziłam, że na tym poprzestanę. Ciekawa jestem o ilu rzeczach wiedzieliście, a co było dla Was zaskoczeniem. Możecie się podzielić tym w komentarzach 🙂

Martyna

Reklamy

4 Comments Add yours

  1. Bardzo fajnie się czytało. 😀 Ale brak czajników i herbaty to plaga. 😀 We Francji też grzeją wodę w mikrofali, podejrzewam, że nie tylko tam.

    1. To fajnie, że fajnie się czytało. We Francji mnie jeszcze nie widzieli, więc nawet nie wiem, czy używają czajników. Ale skoro tak mówisz, to wniosek mam tylko jeden… dziwni jacyś 😀 Jak można nie mieć w domu czajnika?! 🙂

      1. Powiem ci, że przy którejś mocno letniej herbacie zasugerowałam, że może mikrofalówka nie nadaje się do robienia herbaty i dostałam garnek 😀
        Rozumiem w sumie jak się nie pije herbaty, bo faktycznie do kawy można mieć ekspres, a zupek chińskich nie jadać. Ale jak można pijać herbaty i nie mieć czajnika to już nie rozumiem. 😛

        1. Hahahaha! W sumie tylko się cieszyć, że Ci ten garnek dali 😛 Zawsze mogli zignorować, albo powiedzieć, że masz nie marudzić 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s