Warszawska szama

dnia

Warszawa. Często tu bywamy i lubimy wracać, ale pierwszy raz mieliśmy możliwość zupełnie na luzie w stolicy pourlopować i popróbować stołecznego jedzenia.

Będzie duuuuużo jedzenia, więc tym razem już bez zbędnych wstępów zapraszam Was na kolejny Subiektywny Przegląd Lokali! Uwaga, czuję się w obowiązku poinformować, że zestawienie jest wyjątkowo smakowite – żeby nie było, że nie uprzedzałam! 😀


ŚNIADANIE

Charlotte Menora

Jedna z knajp sieci Charlotte, która mieści się na placu Grzybowskim. Tak jak o samej sieci słyszałam różne opinie, tak konkretnie o Menorze – raczej same dobre. A ponieważ mieliśmy ją pod samym nosem i mogliśmy niemalże w kapciach podreptać na śniadanie więc można powiedzieć, że byliśmy praktycznie stałymi bywalcami (raz się wyłamaliśmy, ponieważ chciałam mieć dla Was dwa różne miejsca na śniadanie 😀 ).

Jak nasze wrażenia? Szczerze powiedziawszy różne. O ile do samego jedzenia nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń, tak do obsługi – wiele. Pomijając już fakt, że na stronie wiszą (a przynajmniej wisiały jak byliśmy w Warszawie w okolicy majówki) nieaktualne godziny funkcjonowania bistro i raz kręciliśmy się po placu myśląc, że otwierają dopiero za 10 minut. Dopiero dość znudzona (z wyglądu przynajmniej) obsługa nas przywołała informując właśnie, że to co tam to tak właśnie nieaktualne jakby bardziej… Ich strata, ale nasza też, bo tak naprawdę zależało nam na wcześniejszym śniadaniu. Poza tym jak byliśmy pierwszego dnia kompletnie nie ogarniali ludzi i zamówień, na wszystko czekało się wieki a herbatę dostałam „zaparzającą się” w zimnej wodzie – „ojej, bo ekspres szwankuje”. Bywało tak, że niby po sali biegało ze 12 osób a i tak długo nikt się nami – przychodzącym klientem – nie interesował. Raz nawet dostaliśmy niepełne danie na talerzu – coś takiego nie powinno wyjść z kuchni. Już nie mówiąc o sytuacjach kiedy to kelnerka kaszle w rękę, którą od razu sięga po sztućce i bynajmniej nie łapie za ich rączkę. No niestety były różne takie kwiatki. Nie powiem, obsługa była sympatyczna, ale to niestety nie wystarczy. A i toaleta przez cały nasz pobyt sprawiała wrażenie jakby przeszło przez nią tornado i lata świetności (czyt. czystości) miała już za sobą dawno, a to też jest wina nikogo innego jak obsługi. Ok, można by powiedzieć „klient świnia, skoro robi syf”, ale obsługa od tego jest, aby o takie rzeczy dbać.

Ale jeśli chodzi o jedzenie – pierwsza klasa. I cenowo naprawdę OK. Tym bardziej, jak na centrum stolicy i tak modną okolicę jak plac Grzybowski.

Zdaniem Hubby’ego:

Z naszego noclegu mieliśmy tam dosłownie 2 minuty pieszo, także mieliśmy tam podczas wyjazdu bazę śniadaniowo-lunchową i mogliśmy się poczuć trochę jak u siebie.

Mimo, że tłok, mimo, że obsługa często nie ogarnia, mimo, że miejsca mało. Jest w Charlotte coś co przyciąga – na pewno jest to jedzenie, o czym za chwilę, ale pewnie też lokalizacja przy samym placu Grzybowskim i z widokiem na szklane domy warszawskiego Manhatannu. Jest też coś w tej biało-błękitnej zastawie z porcelany, świetnej kawie, przygotowywanym na miejscu pieczywie i żydowskim klimacie, który mimo, że znajduje się tu punkt informacji o żydowskiej Warszawie to nie jest aż tak ewidentny.

(Croque mademoiselle z jajkiem)

Jedną ze specjalności tego miejsca jest Croque mademoiselle z cukinią ❤ , beszamelem, serem Gruyère i jajkiem sadzonym. Tym mnie kupili. To było tak pyszne, że brak słów. Może nie do końca dietetyczne śniadanko z tego wyszło, ale smakowało fantastycznie.

Ocena: 6/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Przy pierwszej wizycie spróbowałem w ramach śniadania Croque mademoiselle z cukinią, jajkiem sadzonym i zestawem sałat. Bardzo sycąca i obłędna kompozycja, która tylko zachęciła mnie do następnej wizyty w Charlotte.

Ocena: 6/6.

(Assiette de Fromages)

Czyli po polsku – talerzyk czterech różnych francuskich serów z grillowanym chlebem. Porcja może się wydawać mała, ale w rzeczywistości jest naprawdę w sam raz. Pod warunkiem, że otrzymasz wszystkie wymienione w karcie sery…
Sery wyśmienite, aromatyczne (mój faworyt – kozi! – o którym szef kuchni początkowo zapomniał) a grzanka idealna (i niezbędna) do przełamania smaku.

Ocena: 6/6.

Zdaniem Hubby’ego:

spróbowaliśmy również Assiette de fromages, czyli zestawu czterech serów z grzankami. Osobiście wszystko mi smakowały, a pleśniowy uważam za wybitny. Chociaż początkowo talerz nie wydawał się zbyt obfity to myślę, że spokojnie wystarczyłby jako lekkie śniadanie dla jednej osoby. Polecam również.

Ocena: 6/6.

(Pudding z chałki z czekoladą)

Gdy Hubby zamawiał ten pudding z chałki to nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Chałkę uwielbiam, ale nie wiedziałam cóż to za wymysł. Ostatecznie dostaliśmy to co widzicie na zdjęciu powyżej. Podawane na gorąco, bardzo sycące, choć miejscami sprawiało wrażenie, jakby było przypalone. Ogólnie ok, ale nie mój faworyt.

Ocena: 4+/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Przy ostatniej wizycie próbowałem również puddingu z chałki z czekoladą. Moim zdaniem sama masa puddingu bardzo smaczna, aczkolwiek podane do niej kawałki chałki były już nieco suche i zapychające. Niemniej chętnie spróbowałbym jeszcze raz dla porównania.

Ocena: 4/6.


(Caviar juiff)

To grillowana chałka z gęsią wątróbką z jajkiem, cebulką i buraczkami. Skradłam gryza Hubby’emu i muszę przyznać, że to było naprawdę dobre. Kiedyś nie lubiłam wątróbki, ale gdy się do niej w końcu przekonałam to się naprawdę polubiłyśmy. I dodatek buraczków, wcale nie taki oczywisty i na który sama w życiu bym nie wpadła – rewelacja.

Ocena: 5+/6.

(Bajgiel Pastrami)

Bajgiel z wołowiną Pastrami, musztardą i ogórkiem kiszonym. Ugryzłam Hubby’emu i ok. Bez szału jak dla mnie, ale ja nie jestem fanką buły z mięsem. Nie będę oceniać, bo to naprawdę był gryz. Ocenę zostawię Łasuchowi.

Zdaniem Hubby’ego:

Jednego z dni wybraliśmy Charlotte również na lunch, kiedy to skusiłem się na dwie kanapki – bajgla posypanego makiem z pastrami, musztardą, majonezem i dodatkiem ogórka kiszonego oraz Caviar juif, czyli grillowanej chałki przełożonej masą z wątróbki i cebuli (inaczej mówiąc żydowskim kawiorem), jako warzywo podano buraczki z jogurtem, szczypiorkiem i gruboziarnistą solą. Ogólnie rzecz biorąc obie propozycje mnie nie zawiodły i nawet pisząc o nich robię się głodny, a myślę, że to prawidłowy objaw 😛
To co najbardziej mi się podobało to uzupełniające się łagodny smak słodkawej chałki z wątróbką z orzeźwiająco kwaśnym posmakiem buraczków.
Do tego lemoniada, która również przyjemnie orzeźwiała.

Ocena: 6/6.

(Sałatka Paysanne)

Pieczone ziemniaki z pomidorkami, korniszonami, rukolą, salsą musztardową i grzanką z serem Gruyère. Sałatka w smaku ok, ale czytając składniki spodziewałam się czegoś więcej. Grzanka była mega, sałatka w porządku.

Ocena: 4/6.

(Śniadanie Charlotte (z jajkiem))

Na to śniadanie składa się koszyk chleba Charlotte (różne rodzaje) do których otrzymujemy konfitury, kremy czekoladowe lub miód. Hubby do swojego śniadania miał jeszcze jajko sadzone. Próbowaliśmy konfiturę malinową i truskawkową, oraz krem z białej i mlecznej czekolady. Chleby były pyszne a z dodatków moje serce skradł krem z białej czekolady. Ale wszystko było dobre.

Ocena: 5+/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Zestaw śniadaniowy z jajkiem sadzonym, w skład którego wchodził koszyk pieczywa, masło, konfitura + czekolada do smarowania oraz rzeczone jajko. Generalnie klasyczny i smaczny zestaw, którym w pełni się najadłem. Szczególnie smaczne było pieczone na miejscu pieczywo. Do powtórzenia z przyjemnością!

Ocena: 6/6.

Zwykle tego nie robię, ale tym razem ocenię też całokształt: 4/6. Żeby było jasne – jedzenie fantastyczne, ceny w porządku ale te 2 punkty poleciały za obsługę. Ogarnijcie obsługę a będzie szóstka!

Zdaniem Hubby’ego:

Mimo wszelkich niedociągnięć Charlotte Menora polecam i wracać już bym chciał.

Krem

To stosunkowo nowe, małe bistro w stylu francuskim. Pierwsza uwaga – róbcie rezerwację stolika. Myśmy tego nie zrobili i z wybiciem godziny otwarcia, mimo że nie było kolejki, psim swędem ustrzeliliśmy ostatni wolny stolik (wszystkie były porezerwowane). Co rzuciło mi się w oczy to młoda, ale bardzo fajna obsługa, nastawiona na klienta – co się rzadko zdarza. Już na samym początku młody kelner zmartwił się, czy dam radę o kulach podejść po 4 schodkach do drugiej części sali (dałam radę 😀 ). Ostatecznie obsługiwała nas dziewczyna, która wprawdzie zaliczyła wpadkę, ale tak profesjonalnie z niej wybrnęła, że nie mam żadnych zastrzeżeń – wpadka może się zdarzyć każdemu, ważne czy umie się to naprawić. Ona umiała, tak więc szacun. Jeśli chodzi o jedzenie to było – podobnie jak w Menorze – wyśmienite. Jedyne co to trochę wygórowane ceny.

Zdaniem Hubby’ego:

Kolejne miejsce z polecenia i kolejne, które nie zawiodło. Bistro utrzymane w ściśle francuskim, eleganckim stylu, a w sobotę rano większość stolików zarezerwowanych, co też o czymś świadczy. Pojechaliśmy w ciemno bez rezerwacji, bo nie spodziewaliśmy się aż takiego obłożenia, ale na szczęście dwuosobowy stolik czekał jakby specjalnie na nas:). Obsługa również bardzo sympatyczna i umiała się znaleźć bez problemu w sytuacji brudnego kubka. Naprawdę pro.
Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to łazienka, która była już dość zużyta i jakby nie pasowała do poziomu reszty lokalu.

(Kozimierz)

Ja ponownie postawiłam na kanapkę – tym razem Kozimierz – do której domówiłam z góry jajko sadzone. Tym razem był to tost z kremowym kozim serem (i chyba jakimś musztardowym sosem w środku) i tymiankiem w środku, a z góry zapieczonym dodatkowo innym serem. Do całości był jeszcze dodatek w postaci liści sałaty z octem balsamicznym. I tym razem to śniadanie to był strzał w dziesiątkę. Chodzi za mną taka kanapka i chyba będzie trzeba zrobić ją samemu w domu. Na pewno nie jest to potrawa dla ludzi żyjących fit, ale jeśli lubicie kozinę – idźcie do Kremu i bierzcie w ciemno!

Ocena: 6/6.

(Croque Monsieur)

Zdaniem Hubby’ego:

Co do jedzenia, wziąłem klasyczną kanapkę croque monsieur, czyli typowy cholesterolowy zastrzyk energii na początek dnia. Było naprawdę obficie i smacznie, co chyba widać na zdjęciu. Może jedynie mogłoby być trochę więcej sałaty jako dodatek dla tak ciężkiego dania. Muszę też nadmienić, że w Kremie piłem chyba najlepszą kawę podczas kilkudniowego pobytu w Warszawie (a próbowałem jej zarówno jako cappuccino, jak i espresso na zakończenie śniadania).

Zdecydowanie miejsce warte powrotu!

Ocena: 6/6.


OBIAD

El Botellón

Hiszpańska restauracja na Solcu, którą odwiedziliśmy w ramach Restaurant Week. Bardzo kolorowa knajpa z bardzo miłą obsługą. Zarówno wystrój jak i jedzenie pozwalały poczuć się jak w Hiszpanii. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to miejsce w którym nas usadzono – było w wąskim przejściu, więc stolik był po prostu za mały.

Ale to kolejne miejsce gdzie muszę pochwalić obsługę. Robiąc rezerwację zgłaszałam prośbę, aby w miarę możliwości, ze względu na uczulenie, wyeliminować paprykę z mojego menu. Już na wstępie kelner przyszedł z propozycją od szefa kuchni, że moją przystawkę (sałatkę z papryki z owocami morza) może zmodyfikować i zaproponować coś innego. Przystawka została jak w menu – po prostu z Hubby’m zamieniliśmy się daniami i ja dostałam kaszankę. Natomiast zapewnili również, że drugie danie w którym zwykle jest papryka (paella) przygotują bez. I faktycznie się postarali. Okeeeej, wyjęłam dwa małe kawałeczki, ale i tak szacun wielki, bo nie wiem czy wszyscy z Was widzieli kiedyś paellę, ale już nie raz siedziałam i dziubałam ją niczym indyk, wydłubując mega drobno pokrojoną paprykę ze środka.

Zdaniem Hubby’ego:

Hiszpański lokal wybrany w ramach Restaurant Week. Wystrój raczej industrialny, przyzwoity, chociaż nie porywający. Później jest już tylko lepiej.

Obsługa bardzo sprawna i uprzejma, co chwilę dopytująca czy dania smakowały i czy czegoś nie potrzeba.

(Morcilla z czerwoną cebulą)

W ramach przystawki miałam hiszpańską kaszankę podaną z bardzo słodką czerwoną cebulą. Była tak pyszna, że zniknęła w mgnieniu oka. Niebo w gębie. Niby prosta rzecz a smakowała wyśmienicie.

Ocena: 6/6.

(Sałatka z owocami morza)

Zdaniem Hubby’ego:

Samo jedzenie idealne – na początek odświeżająca sałatka z owocami morza z dużą ilością papryki i nachosami. Konsystencja, kolory i smak sprawiły tylko, że miałem coraz więcej apetytu na główne danie, którym była paella z królikiem.

Ocena: 6/6.

(Paella de mariscos)

Paella z owocami morza. Co od razu rzuciło się w oczy – nie poskąpili owoców morza. Było ich odpowiednio dużo i co równie ważne – idealnie przygotowane. Nie ma nic gorszego niż guma zamiast na przykład krewetek. Ponadto jak wspominałam – pozbawili moją porcję papryki, za co też plus. Nie raz spotykam się z odmową „bo już mamy przygotowane wcześniej”. No cóż. Dodatkowo obsługa podaje do tego dania miskę z wodą z cytryną – nieoceniona rzecz, kiedy rozbieramy sami małże z muszli. Zgodnie z Hubby’m stwierdziliśmy, że to najlepsze paelle jakie w życiu jedliśmy. Naprawdę, będąc w Hiszpanii nie jadłam lepszej paelli. Oczywiście – bardzo możliwe, że w Hiszpanii nie trafiliśmy po prostu do odpowiedniej knajpy. Ale nie zmienia to faktu, iż w El Botellón dostaliśmy dotychczas najlepsze paelle. Koniec.

Ocena: 6/6.

(Paella z królikiem)

Spróbowałam tylko od Hubby’ego królika. Rozpływał się w ustach. Cudo. Ale ocenę dania całego pozostawię jemu 🙂

Zdaniem Hubby’ego:

Paella z królikiem. Tu bez przesady mogę powiedzieć, że była to jedna z najlepszych paelli jakie jadłem w życiu. Ryż z warzywami odpowiednio mokry i bardzo dobrze doprawiony, z pewną dozą pikanterii, a samo mięso usmażone tak w punkt, że moim zdaniem już lepiej się nie da. Ideał!

Ocena: 6/6.

(Crema catalana)

Crema catalana. Deser, którego myślałam że nie lubię. A lubię. Jest to deser generalnie z żółtek, mleka, cukru i cynamonu. Trochę przypomina creme brulee. Był naprawdę dobry. Jedyne co mi przeszkadzało to ta pomarańcza z góry – sok z niej który chcąc nie chcąc kapnął na deser psuł mi trochę smak. Ale ogólnie dobre.

Ocena: 5/6.

(Churros con chocolate)

Świetnie podany klasyczny hiszpański deser – churros z czekoladą. Churros to paluchy parzonego ciasta smażone w bardzo głębokim tłuszczu. Po usmażeniu są dość miękkie, bardzo tłuste, ale nie jakoś specjalnie słodkie – tej słodyczy dodaje tu raczej czekolada. Te churrosy moim zdaniem trochę się różniły od hiszpańskich – były troszkę bardziej puszyste i nie tak ciężkie jak oryginalna wersja, co mi oczywiście nie przeszkadzało ani trochę. Były bardzo dobre. Tak dobre, że ciężko było przestać jeść w połowie i oddać resztę zgodnie z umową Hubby’emu 😀

Ocena: 5+/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Na deser crem catalan i churros z czekoladą (zjedliśmy po połowie). Obie propozycje godne polecenia, chociaż w moim osobistym rankingu zwyciężyły churrosy. Usmażone tak jak być powinny i z dosyć lekkiego w teksturze i smaku ciasta, a dopełnione smaczną, odpowiednio gęstą czekoladą.

Chętnie wrócę!

Ocena deserów: 6/6.

Bar Warszawa

To specyficzny bar/klub przy samym placu Zamkowym. Byliśmy tam w sumie 3 razy (mniej więcej w 1.5 rocznych odstępach czasu), ale chyba najlepsze wrażenie na mnie zrobił za pierwszym razem. Nie zrozumcie mnie źle – w dalszym ciągu jest OK, ale mam odczucie, że troszkę się tam pogorszyło.

Zdaniem Hubby’ego:

Lokal położony w samym centrum starówki, w okolicy placu Zamkowego. W środku nieco zaniedbany i myśl, że gdyby nie dobre wspomnienia to pewnie na nos nie weszlibyśmy tam zjeść. Obsługa ok, chociaż bez wielkiego szału, przeciętnie, ani na plus ani na minus. Kilka lat temu mieli bardziej „warszawskie” stroje, teraz widać, że nikt już o to nie dba.

Dosyć szeroka karta, ja jednak zdecydowałem się na tradycję, czyli tatar oraz kiełbasa po warszawsku + piwo.

(Tatar)

Zdaniem Hubby’ego:

Tatar ok – nic nie urywa z wrażenia, ale też nie można mu niczego zarzucić, ot przeciętny. Moim zdaniem chleb mógłby być świeższy.

Ocena: 4/6.

(Kiełbasa po warszawsku)

Zdaniem Hubby’ego:

Co do Kiełbasy po warszawsku – ciekawy sos musztardowy, nieźle doprawiony, chociaż brakowało mu jakiegoś pazura, czy cytując klasyka „truskawki na torcie” ;).

Podsumowując, wydaje mi się, że w „Warszawie” poziom nieco się obniżył, ale nadal jest to dobre miejsce na piwo i coś do zjedzenia. Pewnie jeszcze wpadnę, chociaż raczej z sentymentu i wygody niż z przekonania.

Ocena: 4/6.

(Pierogi ruskie)

Uwielbiam pierogi ruskie. I choć zawsze kojarzę je podawane z cebulką to tutaj mamy zaskoczenie. Pierogi podane są ze śmietaną. I jak dla mnie to jest dużo lepsze rozwiązanie. Porcja może nie jakaś super duża, ale na mój średni głód wystarczyło.

Ocena: 5/6.

Pasja Smaku

To miejsce wyszperał mój Hubby w Internetach. On wiedział czego się spodziewać, a ja zupełnie nie. Dojechaliśmy na ten warszawską Wolę, idziemy osiedlowymi uliczkami, dochodzimy do jakiegoś pawiloniku a tam… Pasja Smaku. Tak trochę barem mlecznym zajechało. Myślę sobie „o ja, będzie grubo”. I było, ale w dobrym tego słowa znaczeniu! Za ladą stoi właścicielka, która jest niezwykle rozmowna i sympatyczna. Jedzenie smakuje jak domowe. Jedyne co to ja bym kurcze zmieniła te stoliki i „ozdoby” na nich stojące, ale to tylko moje czepialstwo 😀

Zdaniem Hubby’ego:

Skuszeni samymi pozytywnymi recenzjami na blogach wybraliśmy się na Wolę odwiedzić ww. knajpę. Przy okazji przespacerowaliśmy się zazielenioną Żytnią i poznaliśmy nową dla nas część miasta.

We wczesne piątkowe popołudnie było tam raczej pusto, ale trwały już przygotowania do wieczornej imprezy. Lokal utrzymany w nowoczesnym, ale raczej barowym stylu, co nie jest dla mnie żadną wadą. Plus za sympatyczną obsługę i oryginalną sesję zdjęciową na ścianach.

Jadłem chłodnik oraz śledzia w śmietanie z ziemniakami + kompot i tradycyjne warszawskie piwo… Noteckie ;).

(Zupa pomidorowa z makaronem)

Jestem „uzależniona” od pomidorowej. I zazwyczaj właśnie pomidorową zamawiam. Teraz nie było inaczej. Zupa dobra, bez jakiś fajerwerków, ale naprawdę dobra.

Ocena: 5/6.

(Chłodnik)

Zdaniem Hubby’ego:

Zupa smaczna i orzeźwiająca, chociaż brakowało jej moim zdaniem trochę kwaśności. Tak czy inaczej, sezon chłodnikowy uważam za otwarty;).

Ocena: 4+/6.

(Pierogi ruskie)

To już drugie ruskie w tym zestawieniu. Tym razem pojawiły się w towarzystwie dość nietypowym, bo były to ogórki kiszone i surówka z kapusty. Mimo nietypowego połączenia pierogi były dobre. No, może niepotrzebna była taka ilość tłuszczu z cebulą z wierzchu 🙂

Ocena: 5/6.

(Śledź w śmietanie)

Zdaniem Hubby’ego:

Śledź za to idealny – może być zarówno na obiad, jak i na przystawkę. Porcja naprawdę spora i naprawdę trudno byłoby się do czegokolwiek przyczepić. Nic dodać nic ująć, tylko jeść.

Wrócę, żeby spróbować ich kiełbas i parówek własnego wyboru.

Ocena: 6/6.

Pyzy flaki gorące

Pierwsza wizyta na Pradze i od razu strzał w dziesiątkę. Mikroskopijny lokalik, który swoimi kluskami ściąga tłumy. Kolejne miejsce o którym wyczytaliśmy pozytywne opinie w Internecie, a że to nie jest tak do końca „zwykłe” miejsce – nie mogliśmy nie zajrzeć. Zmęczeni i wygłodzeni po wizycie w ZOO, szczęśliwie upolowaliśmy wolne miejsce. Karta krótka, a w niej właściwie same kluski (nawet nie wszystkie z nich znałam!), flaki i oranżada – taka w szkle, jak z dzieciństwa 🙂 Ale coś, co jeszcze bardziej mnie zachęciło to… słoiki 😀 Wszystkie dania podawane są w słoikach!

Zdaniem Hubby’ego:

Absolutnie rewelacyjnie żyjące miejsce – wpadliśmy w sobotę w porze mniej więcej obiadowej, także ruch był spory, a ściślej mówiąc mieliśmy obawy czy znajdzie się miejsce siedzące, no ale się udało. Widać, że jest to miejsce gdzie przychodzą zarówno rodziny na spokojny obiad, znajomi na piwo, jak i jak my turyści wiedzeni dobrymi opiniami i ciekawością czy rzeczywiście jest tak dobrze. Było!

Menu nie jest zbyt długie, ale zawsze będę powtarzał, że to tylko dobrze świadczy o lokalu. Zgodnie z nazwą – głównie kluski oraz bardzo smaczne flaki. Do popicia piwo lub oranżada.

Osobiście wziąłem dwa sztandarowe dania, czyli flaki z pulpetami posypane serem oraz pyzy z mięsem na dodatek z okrasą i.. nie dojadłem nawet popijając oranżadą z Olszynki Grochowskiej…;)

Niemniej wszystko było znakomite i podane tradycyjnie dla Starej Pragi, czyli w słoikach.

(Flaki z pulpetami i serem)

Zdaniem Hubby’ego:

Zacząłem od flaków i pod koniec słoika zastanowiłem się jak ja jeszcze zmieszczę pyzy. Chociaż słoik nie wydawał się aż tak ogromny to danie jest bardzo sycące, tym bardziej biorąc pod uwagę pulpety. Tak czy inaczej, flaki były takie jak być powinny i serwowane na bogato, dobrze doprawione i naprawdę chętnie wracałbym na zestaw flaki + piwo:). Nie bez znaczenia jest też fakt, że w słoiku pozostały gorące od góry do dołu, od początku jedzenia do samego końca.

Ocena: 6/6.

(Pyzy z mięsem z omastą ze skwarkami)

Powiem krótko. Tak jak nie lubię ani żadnych kluch, pierogów czy pyz z mięsem, tak… Ugryzłam pyzę Hubby’ego i była po prostu genialna. „Pyzy flaki” przekonaliście mnie, że pyzy z mięsem mogą być dobre, dzięki! Co więcej – były nawet lepsze niż to, co zamówiłam sobie. Z czystym sercem daję szósteczkę!

Ocena: 6/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Rozpoczynając pyzy byłem już całkiem najedzony, niemniej zjadłem ze smakiem zestaw dwóch pyz solidnie napełnionych mięsem i obficie polanych okrasą. Nie było tutaj żadnego przerostu ilości ciasta, a samo ciasto wręcz rozpływało się po przekrojeniu i podczas jedzenia.

Podsumowując, prosty, ale trafiony lokal, serwujący tradycyjną kuchnię i z bardzo sympatyczną atmosferą. Usytuowany w „tej gorszej” części Warszawy, czyli na Pradze Północ, w samym sercu owianej złą sławą ulicy Brzeskiej, aczkolwiek Praga staje się coraz bardziej modnym miejscem i na pewno ma klimat zupełnie odmienny od lewobrzeżnej części Warszawy. Mi osobiście bardzo odpowiada, chociaż momentami można się poczuć niekomfortowo – szczególnie wyolbrzymiając własne wyobrażenia, ponieważ nie jest to (jeszcze) odpicowany rejon miasta. Będę wracał!

Ocena: 6/6.

(Kluski śląskie z wątróbką z szarą renetą, maliną i śliwką)

Ja natomiast postawiłam na kluski śląskie z wątróbką. Z przykrością muszę stwierdzić, że jadłam bez większego zaangażowania, ponieważ czułam się paskudnie i przez zapchany nos miałam trochę zaburzony odbiór smaku. I zapewne to wina nosa, ale wątróbka była trochę mało wyrazista. Absolutnie nie mówię, że to danie było złe – wręcz przeciwnie, było dobre, ale czegoś mi tu brakowało 🙂 Pyzy mimo zatkanego nosa były WOW, kluski z wątróbką – OK.

Ocena: 5/6.


NA SŁODKO

To lubię

(Herbata zimowa (po lewej), herbata Mnicha (po prawej), torcik waniliowy z mascarpone i owocami (po lewej), sernik z figą (po prawej).)

To Lubię. Klimatyczna kawiarenka na Freta. Przyznam, że jest to miejsce, z którym mam ogromny problem. Za każdym razem będąc w Warszawie czailiśmy się, aby odwiedzić tą kawiarnię. Ciekawił mnie sam budynek, w którym się znajduje i wystrój. Poza tym nie raz i nie dwa to miejsce było mi polecane. Ale jakoś tak nigdy się nie składało – albo nie było wolnego miejsca w środku, albo nie wystarczało czasu. W końcu trafiła się okazja, mieliśmy zaplanowane spotkanie na które umówiliśmy się właśnie na Freta.
I gdy w końcu tam dotarliśmy… Skonfrontowaliśmy oczekiwania z rzeczywistością i było… po prostu ok. Tak po prostu. Bez żadnych fajerwerków. Jadłam torcik z kremem waniliowym z mascarpone i owocami oraz piłam herbatę rozgrzewającą z cytrusami, imbirem i goździkami. Plus za herbatę podawaną w kuflu – lubię jak herbata jest duuuuuża 🙂 Ciasto – szczerze mówiąc po opisie zaserwowanym przez kelnerkę miałam większe oczekiwania. Torcik był OK, choć jak na mój gust w ogóle nie był słodki – ja nie jestem osobą, która lubi baaaaaardzo słodkie desery, ale ten słodki nie był w ogóle.
Najsłabszym punktem tego miejsca jest chyba jednak obsługa. Jak tylko zostało przyniesione nasze zamówienie kelnerka straciła nami zainteresowanie. Tak naprawdę Pani straciła na tym więcej niż my, bo prawda jest taka, że gdyby przyszła zebrać puste naczynia i zapytać czy czegoś nam potrzeba to pewnie byśmy jeszcze coś zamówili. Czy wrócę? Mogłabym, ale prawda jest taka, że jest tyle innych miejsc do przetestowania, że pewnie się nie złoży…

Ocena: 4/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Chyba największe rozczarowanie w zestawieniu. Ciekawie zapowiadająca się kawiarnia na Freta, tuż przy kościele dominikanów. Zawsze chcieliśmy odwiedzić, ale jakoś się nie składało, czyli oczekiwania były spore.

Wystrój przyzwoity, chociaż moim zdaniem wymagałby już pewnego odświeżenia. Piłem herbatę mnicha i jadłem sernik figowy. Herbata smaczna, chociaż nie porywająca, sernik również ok, ale raczej przeciętny. Niestety, ale wielkiego szału nie było.

Negatywne wrażenie zrobiła na mnie obsługa – po skompletowaniu i podaniu zamówienia praktycznie brak zainteresowania nami, a nie było jakiegoś ogromnego ruchu.

Niestety nie mam potrzeby powrotu.

Ocena: 3/6.

Pracownia Cukiernicza Zagoździńscy

Czy jest na sali ktoś, kto nie lubi pączków? 🙂 O tej Pracowni Cukierniczej usłyszałam przy okazji Tłustego Czwartku – głośno było o tych kilometrowych kolejkach, które ustawiają się w środku nocy by załapać się na pączki. Cukiernia malutka, w bardzo starym stylu. W sprzedaży mają 2 rodzaje pączków – tradycyjne z marmoladą sprzedawane na sztuki, oraz malutkie sprzedawane na wagę. Wszystkie produkowane na miejscu na bieżąco i sprzedawane jeszcze ciepłe! Nawet będąc tam w zwykły dzień musieliśmy swoje odstać w kolejce. To miejsce ma swoich stałych klientów i wszyscy stojący przed nami kupowali zdecydowanie więcej pączków niż my 😀
Lubię pączki (choć jadam je może 2-3 razy w roku) i z ręką na sercu muszę przyznać, że to najlepsze pączki jakie w życiu jadłam. Miękkie, puszyste, palce lizać.

Ocena: 7/6!!!

Zdaniem Hubby’ego:

Absolutnie kultowe miejsce na mapie Stolicy, które największe oblężenie przeżywa w każdy Tłusty Czwartek. Położone w klimatycznym budynku przy Górczewskiej – poszukujcie wystawionego taboretu, który oznacza, że pączki jeszcze są :).

Same pączki naprawdę smaczne – do wyboru są tylko standardowe pączki z marmoladą oraz małe na wagę. Myślę, że jedne z lepszych pączków jakie jadłem, a do tego owianą wieloletnią tradycją i jak zobaczycie na zdjęciu tak samo tradycyjnie spakowane.

Odwiedzając Warszawę trzeba odwiedzić nawet jak nie jada się pączków.

Ocena: 6/6.

Rurki z Wiatraka

(Rurka z kremem)

Rurki z Wiatraka. Po tym wszystkim co o nich słyszałam spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Rurki jak rurki, w mojej opinii nie różniły się niczym od wszystkich innych rurek jakie w życiu jadłam. Nic specjalnego. Nie żałuję, że pojechaliśmy, ale nie wiem czy kolejny raz skusiłabym się na taką wycieczkę dla zwyczajnej rurki z kremem serwowanej w… peerelowskiej atmosferze.

Ocena: 3/6.

Zdaniem Hubby’ego:

Jechaliśmy tam dwukrotnie, bo za pierwszym razem nie sprawdziliśmy godzin otwarcia i rurki przeszły nam koło nosa. Ostatniego dnia pobytu specjalnie pojechaliśmy z Centrum właśnie tam, żeby spróbować najsłynniejszych rurek w Warszawie. Oczekiwania więc były spore, aczkolwiek muszę przyznać, że rzeczywistość lekko rozczarowała. Rurki smaczne, ale nie nazwałbym ich najlepszymi jakie jadłem w życiu. Na pewno też jest to miejsce z legendą, ale szczerze mówiąc poziom obsługi pozostawia trochę do życzenia (pani, która nas obsługiwała była w mojej ocenie lekko gburowata). Tak więc, pojechaliśmy, spróbowaliśmy, ale czy pojedziemy ponownie nie wiem. Tak czy inaczej – warto było zobaczyć jak to, kultowe na kulinarnej mapie Warszawy, miejsce wygląda.

Ocena: 4/6.


Tym słodkim akcentem kończę kolejny już Subiektywny Przegląd Lokali. Niewtajemniczonych informuję, że to nie pierwszy w tej serii wpis. Na blogu pojawiły się już:

  1. Hiszpania.
  2. Czechy.
  3. Portugalia (cz. 1 i cz. 2).
  4. Wrocław.
  5. Trójmiasto.

Po obejrzeniu tych wszystkich pyszności z pewnością zgłodnieliście, więc nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam… SMACZNEGO! 🙂

Martyna

Reklamy

2 Komentarze Dodaj własny

  1. nikio13 pisze:

    Strasznie dlugi post … to lubię 😀 wszystko wygląda apetycznie, muszę koniecznie kiedyś tam pojechać, tylko ja w stolicy bywam niezwykle rzadko, chyba czas coś z tym fantem zrobić 🤔

    1. No czasem tak długi wyjdzie – wypadek przy pracy 😊 my bardzo lubimy odwiedzać stolicę. Jeszcze do niedawna byliśmy w Warszawie tak 2 razy do roku, teraz trochę rzadziej, dlatego tym bardziej cieszę się, że udało się wyrwać tam na urlop. A że przy okazji można było wciągnąć coś dobrego no to… 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.